16 czerwca 2009

14 czerwca 2009

11 czerwca 2009

Emergency Mayhem

Ta gra - choć nie nowa - po prostu zwaliła mnie z nóg. Jest bowiem esencją czystej, nieskomplikowanej a przy tym niezwykle grywalnej zręcznościówki.

Nasze miasto znalazło się na krawędzi. Burmistrz nie daje sobie rady, do pomocy wezwał więc zależne od siebie służby: policję, straż pożarną i pogotowie ratunkowe. Obiecał im gruszki na wierzbie, dzięki czemu służby zdecydowały się ze zdwojoną siłą strzec bezpieczeństwa mieszkańców. A co za tym idzie, poprawić samopoczucie ludzi, czyli przedłużyć burmistrzowi stanowisko o kolejną kadencję.

Gra polega na wykonywaniu zręcznościowych zadań, masakrujących klawiaturę w naszym telefonie. Jednakże, nim do tego dojdzie - NOWOŚĆ! Otóż w pierwszej chwili gra wygląda niemal jak Car Jack Streets, czyli GTA w wersji mobile! Otóż chodzi o to, że w miejsce wypadku należy wpierw dojechać! No coś pięknego po prostu. Lewym softem uruchamiamy mapę, gdzie widoczne są posterunek policji, ochotnicza straż pożarna oraz pogotowie. Stamtąd też ruszamy, przedzierając się wozem na sygnale przez miejskie korki, zablokowane ulice(!), roboty drogowe... Na miejscu należy zatrzymać wóz i dopiero wtedy gramy w klasyczną zręcznościówkę.


W przypadku policji zadaniem może być na przykład osłona zwierzyńca, który właśnie uciekł z zoo. Pingwiny, niedźwiedzie - przechodzą sobie spokojnie przez skrzyżowania, a my wcielamy się w policjanta, który musi zablokować wszystkie nadjeżdżające samochody. Za każde auto dostajemy kasę, za każdego potrąconego zwierza kasę tracimy. Ale oczywiście nie zawsze ratujemy zwierzyniec - trafią się opanowane przez terrorystów bloki, gdzie należy po prostu snajperskim stylem wystrzelać wszystkich bandytów, uważając na Bogu ducha winnych mieszkańców.

Podobne misje wykonujemy strażą i pogotowiem - gaszenie ognia, łapanie wyskakujących z płonącego budynku mieszkańców lub resuscytacja jak największej liczby poszkodowanych w wypadku, gdzie rozlały się odpady toksyczne.

Tylko od gracza zależy w jakiej kolejności będzie reagował na wezwania. Czy po kolei, czy może zaliczając misję policyjną i siedząc aktualnie w policyjnym radiowozie od razu podjechać do kolejnej problematycznej sprawy? Jeśli zdecydujemy się przesiąść i wykonać zadanie dla innych służb, wóz automatycznie wróci pod posterunek i stamtąd należy ruszać przy kolejnym wezwaniu. Można więc sobie nieco tu zaplanować, oglądając mapę odnaleźć najlepsze połączenia między obiektami tak, by zdążyć przed zachodem słońca wykonać jak najwięcej zadań.

Wszystko jest na czas. Każda misja kończy się, gdy czas upłynie, a gra podzielona jest na kolejne dni, które także szybko zmieniają się w noc. Celem jest zdobycie ustalonej przez burmistrza kwoty, na którą składają się wszyscy uratowani. Jednakże haczyk polega na tym, iż bezmyślny ratunek pieniądze zabiera, a co więcej sama jazda przez miasto powoduje także minusy - uderzenia w samochody innych mieszkańców, zniszczenia hydrantów lub kontenerów na śmieci, lub nie daj Boże potrącenie człowieka... Tu nieco pomaga zastosowanie dodatkowego koguta, pod klawiszem *. Wówczas wszyscy momentalnie zatrzymują samochody, uciekają z drogi. Ale po użyciu tego sposobu mija spory kawałek czasu, nim można go znowu zastosować...

Doskonała zręcznościówka, wyraźna, a wręcz nawet ładna grafika i skoczne, wpadające w ucho melodyjki. Jedna z lepszych "niszczących klawiaturę w telefonie" gier w jakie grałem!


10 czerwca 2009

Chop Sushi!


Tekst w serwisie Gaminator.pl



Street Fighter II: Rapid Battle

Są takie gry, które uwielbia się od pierwszego momentu. Są niestety także takie, które od pierwszych chwil po uruchomieniu się nienawidzi. Najbardziej boli to wówczas, gdy producentem jest znana i uznana firma, jak np. Capcom.

Street Fighter II Rapid Battle to przykład absolutnej żenady, gry bez pomysłu, bez wykonania, bez płci, bez grafiki, bez dźwięku, bez grywalności; gry za którą fani tak serii Street Fighter jak i gier na komórki w ogóle mogliby wydawcę zabić a programistę uprzednio torturować.

Tytuł posiada całe dwie opcje. Pierwsza z nich to rozpoczęcia walki, druga włączenie/wyłączenie dźwięku. Nic więcej tu nie znajdziemy. Dla ciekawskich: gra wydana w roku 2006, czyli w czasach, gdy pewne standardy w grach JAVA już dawno istniały, a wiele firm z powodzeniem wydawało przyzwoite tytuły.

Uruchomienie gry natychmiast przenosi nas na ring. Chciałbyś, naiwniaku, wybrać sobie wcześniej zawodnika? Nie możesz patrzeć na Ryu, natomiast uwielbiasz Dhalsima czy Chun-Li (zresztą, kto nie uwielbia Chun-Li)? No to masz pecha, bo grać można tylko jako Ryu.



Grafika w grze od razu nam powie, że to Street Fighter. Statyczne, ale koszmarnie rozmazane tło, jakby grafika stworzona była na najmniejszą rozdzielczość po czym sztucznie rozciągnięta do lepszych ekranów... No i cierpiące na tę samą chorobę postaci. Cóż z tego, że widać od razu z kim walczymy? Wszak bohaterowie serii są tak charakterystyczni, że wszędzie ich poznamy.

Nasi zawodnicy stoją w miejscu przez całą walkę. Nie zrobią ani kroku w przód, ani w tył, a o niezwykle wypasionych ruchach, takich jak na przykład skok można zapomnieć. Ciosy? Tu NIE MA ŻADNYCH CIOSÓW. Tak, dobrze przeczytałeś(aś), to nie jest pomyłka, bo...

...gra polega na klepaniu ukazanych na ekranie klawiszy. Ot, gdzieś w okolicy Ryu pokazała się, dajmy na to, piątka. No to klepiesz piątkę a Ryu blokuje cios wroga. Potem gdzieś w okolicy przeciwnika ukazała się dwójka. No to uderzasz dwójkę i Ryu zadaje niezablokowany cios przeciwnikowi. I tak aż do końca. Brak mi słów. Pieprzyć Capcom. Byle w gumie.

6 czerwca 2009

Playboy Pool

Ciekawe, jakim cudem firmie Indiagames udało się zakupić markę Playboy. Tego nie wiem, wiem natomiast na sto procent, iż producent ową markę już posiadłszy, nie wysilił się przy samej grze. Chyba liczył na magię nazwy. No to się przeliczył.

Jak Playboy, to wiadomo - gołe baby. Tym razem w wersji zdjęciowej, żadnych obrazków, żadnych rysunków - tylko fotki. Panienki są ładne, zgrabne, i robią głupie miny. No, ale nikt nie patrzy na ich miny...


Cztery lokacje, cztery kobiety. Stół bilardowy jest żanująco niewielki na ekranie telefonu, zawsze taki sam, różowy. No, są tacy, którym się spodoba. Panienki robią co tylko w ich mocy, by konkurencję przegrać, i ukazać nam to i owo. Czyli wysiłku nie należy się spodziewać.

Gra jest kiepska, "wszystkie cztery" mecze można rozegrać w czasie krótszym, niż zajmuje wypowiedzenie frazy "placek ze śliwkami", a na dodatek nie znajdziemy tu żadnej galerii. Żeby sobie popatrzeć po raz kolejny na którąś z panienek trzeba znowu rozegrać mecz. W dodatku po ukończeniu gry fotografie się mieszają - przy kolejnym podejściu fakt, iż gramy z blondyną nie znaczy, że zobaczymy jej zdjęcie, równie dobrze może się pokazać fotka brunetki.

Chamstwem i szowinizmem jest natomiast fakt, iż nie ma tu ani jednej rudej. Nie polecam.

3 czerwca 2009

Jeż Jerzy

Kolejna gra Xofto, która mi wpadła w telefon to historia prosto z horroru, historii mrożącej w żyłach krew, gdzie ta właśnie leje się strumieniami, Młodzież Wszechpolska próbuje przeforsować zmianę nazwy "Alei Jerozolimskich", a na desce przez miasto zasuwa Jerzy, a dokładnie Jeż Jerzy.

Gra z tym bohaterem w roli głównej po prostu musi być fajna. Mimo całej masy wad naprawdę da się w nią zagrać. Celem jest jazda na desce, rzecz jasna, czyli mamy tu prostą zręcznościówkę, gdzie Jerzy musi ominąć przeszkody (przeskoczyć nad nimi) oraz pozbyć się uperdliwych przeszkadzajek, które - jak w komiksie - uosabia łysa banda posła (byłego, na szczęście!) Romana, policja i jeden szczególny przeciwnik, którego imienia za ChRL nie pamiętam ;)



Jedziemy zatem przed siebie, skaczemy, omijamy przeszkody, zbieramy masę dolarów (no, coś trzeba zbierać, nie?) a na widok łysych pał lub tych, co pały noszą na wierzchu dajemy im po oczach flaszką (szklaną, rzecz jasna, i pustą, rzecz jeszcze bardziej oczywista).

Gra się przyjemnie. I tyle. A teraz wady: po pierwsze muzyka jest za głośna, by można było to wytrzymać. Żartowałem, nie to jest najważniejsze. Po pierwsze primo gra ma pięć poziomów... i finisz. Po drugie primo - wszystkie poziomy wyglądają tak samo. Po trzecie primo - Jerzy posiada tyle żyć, że każdemu uda się ukończyć wszystkie poziomy za pierwszym razem.

Także, jak widać - jeśli gra kosztowała 1zł lub była gratis - GRAĆ! Ale jeśli gra kosztuje od dwóch złotych wzwyż - OLAĆ! I wrócić do komiksu :)

2 czerwca 2009

Sally's Spa

Każdy, kto polubił zaradną Sally, która w naszej pamięci utkwiła jako twarda sztuka, co żadnego wyzwania się nie boi, z pewnością ucieszy się na wieść, iż została bohaterką kolejnej gry. Ale już znacznie mniej się ucieszy, gdy dodamy, że gra owa to klasyczna kontynuacja Sally’s Salon, gdzie nowości w temacie jest zero.

Tym razem Sally uderza w nieco inny, choć powiązany z poprzednim biznes, mianowicie tak popularne ostatnio spa. Zasady się nie zmieniły: zadaniem jest obsłużyć jak najwięcej klientów, przy zachowaniu reguły, iż niezadowolony klient wychodzi obrażony i robi nam antyreklamę. Czyli po pierwsze należy robić dokładnie to, co klienci pragną, po drugie należy zapoznać się z profilem klienta – by wiedzieć, kto ma ile cierpliwości, a po trzecie – najważniejsze – należy się sprężać!


Z początku wszystko robimy samemu, lecz szybko okazuje się, że mając odpowiednią ilość gotówki można zatrudnić pomagierów. Podobnie przedstawia się sprawa wnętrza salonu: z początku wszystko jest proste i nieskomplikowane, by po chwili stało się nowoczesne i zatrzymujące klientów na dłużej, dzięki stosownym upgrade’om.

Gra podzielona jest na kilka miast. Zaczynamy w swojskim Laguna Beach, by następnie skoczyć do Nowego Jorku, potem do stolicy przyjemności – Rzymu, następnie otwieramy filię na ogromnym, turystycznym krążowniku na oceanie... By w końcu dotrzeć do Japonii. Każda nowa lokacja to pięć dni. Każdy dzień przynosi pieniądze, przed rozpoczęciem kolejnego wydajemy je na upgrade.

Gra nie różni się znacznie od poprzednika. Są tylko małe ciekawostki, z których najciekawszą z pewnością jest sklepik. W naszym salonie znajduje się regał, na którym codziennie należy ułożyć pewną ilość produktów. Samoopalacze, tabletki anty-stresowe i tym podobne produkty. Rankiem koleżanka informuje Sally o zapotrzebowaniu. Umiejętne przewidywanie potrzebnych produktów pozwala je sprzedać, więc i zarobić. Inną ciekawostką, której nie było w poprzedniku jest fakt, iż ogromna większość zabiegów polega na mini grach. I z jednej strony jest to fajne – bo nie tylko zasuwamy jak mały samochodzik po sklepie, ale i relaksujemy się przy mini gierce, ale z drugiej strony wprowadza to jednak chaos. Trudno jest zapamiętać kto wszedł w jakiej kolejności, więc po chwili gra robi się chaotyczna, zwracamy uwagę jedynie na ilość serduszek u klienta, czyli stan jego zadowolenia. A w poprzedniej części można było nad wszystkim zapanować, a co za tym idzie łatwiej było się wczuć.

Gra i tak jest niezła, w dodatku z fajnymi melodyjkami, grafika także nie robi złego wrażenia, choć praktycznie nie zmieniła się od czasów Sally’s Salon. Fani masakrowania klawiatury spod znaku Diner Dash, Beauty Center czy Coffee Shop muszą to mieć, ale pozostali jeśli mają wybór, niech zagrają w poprzednią część. Była jednak lepsza.

30 maja 2009

Bloxed Mania

Bloxed Mania to jedna z lepszych gier logicznych na telefonach komórkowych, za której stoi producent, który wcześniej nie zasłynął z gier ani dobrych, ani nawet ciekawych. Bohaterami gry są (znowu) klocki, a celem (znowu) jest pozbycie się ich z planszy, ale na szczęście cały system jest w miarę innowacyjny.

Gra ukazuje kilka półek, platform, na których znajdziemy naszych kolorowych bohaterów. Mimo, że są to klocki, bardziej przypominają z trudem utrzymujące formę kwadratu bańki, czy wręcz kawałki galarety. Śmiesznie kolebią się na boki i w dodatku robią do gracza miny. Świntuchy.



Zadaniem jest tak manipulować klockami, przesuwając je na boki (i tylko na boki!) by doprowadzić do zetknięcia się galaretek tego samego koloru. Wówczas - zadowolone z życia, z radosnym odgłosem dobywającym się z ich galaretowych gardełek - znikają.

Oczywiście nie może być zbyt prosto, więc producent zadbał o różnego rodzaju przeszkadzajki. Przede wszystkim same układy platform wymogą na graczu naprawdę konkretne zastanowienie, lepiej jest trzy razy pomyśleć, nim wykona się ruch. Ponadto znajdziemy tu miejsca np. oblepione smołą czy inną ropą - jeśli jeden z glutów... pardon, jedna z galaretek trafi w takie miejsce - już jej nie ruszymy za żadne skarby. Innym znowu utrudnieniem jest fakt, iż niejednokrotnie zamiast dwóch, należy zetknąć ze sobą jednocześnie trzy klocki. W późniejszych etapach z kolei dochodzą przeróżne teleporty, windy i przyciski uruchamiające magnesy, które wydatnie podnoszą jakość rozgrywki ale jednocześnie z poziomem trudności. Bloxed Mania to bardzo dobrze wyglądająca gra, z całkiem przyzwoitym dźwiękiem, ale stosunkowo trudna, nie dla każdego.

29 maja 2009

28 maja 2009

Mafia Wars: New York

New York to kolejna, bodajże czwarta część serii Mafia Wars, czyli strzelanek ukazanych w specyficznym rzucie izometrycznym, zbudowanych na tej samej zasadzie co chociażby War Hero 1944. Wcielamy się w rolę młodego karierowicza, kogoś w stylu Donnie Brasco, czyli po prostu podwójnego agenta wstępującego w szeregi nowojorskiej mafii. Oczywiście w celu rozpracowania jej.

Jako się rzekło, akcja ukazana jest w rzucie izometrycznym i z całą pewnością nie można powiedzieć, by był to zły wybór. Na ekranie telefonu komórkowego takie przedstawienie wydarzeń jest bardzo wygodne, ściany i inne elementy które ewentualnie mogą zasłaniać widok w momencie, gdy nasz bohater do nich podejdzie znikają, a celowanie do wrogów jest automatyczne.


A propos wrogów. Często będą nimi gangsterzy konkurencji, albańczycy. Jednakże równie często wrogami będą policjanci lub ochroniarze. Gra pozwala na swobodną eksterminację mundurowych, lecz przy obraniu tej drogi można się pożegnać z awansem i praworządnością, statystyka dobrych i złych uczynków bohatera jest widoczna po każdej misji. Trudno jest być gangsterem, w dodatku pnąć się w górę w przestępczym światku, nie mając na sumieniu ani jednego gliny...

Poruszając się po kolejnych misjach do dyspozycji mamy pięść (najmniej skuteczna broń), pistolet z nieograniczoną ilością amunicji, strzelbę czy nawet granaty i C4. Do najciekawszych misji zaliczam tę, w której należy zniszczyć restaurację przeciwnika, paląc ją po prostu. Rzecz jasna nie jest pozbawiona obrony, a skoro już mamy w dłoni granaty i materiał wybuchowy... to dlaczego ich nie użyć na gangsterach? Świetny widok, i te kupki popiołu... Gra powinna mieć znaczek od lat osiemnastu :-)


Żeby nie było nudno, producent dodał tu misje-przeszkadzajki w stylu nieśmiertelnego GTA. Zasiadamy za kółkiem samochodu osobowego, ciężarówki czy nawet kierownicy motocykla i wykonujemy równie ciekawe zadania. Najczęściej są to testy wytrzymałości, składające się z trzech etapów. Najpierw należy nie dać się zabić, gdy przybywa wozów wroga, należy tak kluczyć po mieście, by nie zdołali nam zniszczyć wozu. Trwa to dopóki liczba samochodów przeciwnika nie osiągnie maksimum, czyli nawet 45 wozów! Następnie owa liczba zmniejsza się do kilku, sześć-siedem, i tych po prostu należy zgubić. A na koniec dojechać do ustalonego punktu. Ale prócz takich zabaw do dyspozycji oddano nam także klasyczne ściganie wozu w celu jego zniszczenia czy wręcz wyścigi po mieście z dziewięciorgiem oponentów.

Niektóre misje wymagają od nas poruszania się w cieniu, np. włam na komisariat. Jednakże jest ich niewiele, a szkoda, bo dodały by klimatu. Gra na planszach oferuje dodatki, które - jeśli zebrane - liczą się do ostatecznego wyniku. Są to różnego rodzaju dowody rzeczowe, budki telefoniczne do odbywania tajnych rozmów z FBI czy stoiska z gazetami, z których dowiemy się najnowszych wieści z gangsterskiego światka.


Grafika w grze to jakby kreskówka, bardzo wyraźna i przyjemna dla oka, doskonale spisująca się w izometrycznym środowisku. Dźwięk niestety jak to często bywa w grach na komórki jest do niczego, a w sumie tylko melodie, bo dźwięku jako takiego nie ma. A na koniec wady i niedopracowania: po pierwsze na planszach nie ma checkpointów, a choć misje nie należą do najdłuższych, to jednak bardzo by się checkpointy przydały, to przecież powinno być standardem. Po drugie przydałaby się mapka planszy, z zaznaczeniem końców budynków oraz wejść do nich, bo łatwo się zgubić lub zablokować w miejscu bez możliwości ucieczki, a wrogowie chadzają przeważnie sporymi grupami. Po trzecie niekiedy należy zniszczyć ścianę lub inny element, by gdzieś się dostać - trudno jest domyśleć się którą można zniszczyć, a której się nie da, brakuje oznaczenia, a granatów nie mamy zbyt wielu. I wreszcie po czwarte przypomnę to, co mówiłem na początku - trudno jest się oprzeć mordowaniu policjantów. Dupa, a nie tajny agent ;-)

26 maja 2009

Megacity Empire: New York

Kiedyś istniała firma Maxis, graczom, którym bliżej do trzydziestki niż dwudziestki znana wcale nie z gry "Sims", ale z bardzo klasycznych Sim City, Sim City 2000 czy Sim Farm. Dziś jest częścią molocha Electronic Arts, coraz pewniej czującego się także w temacie gier na telefony komórkowe. Gry od EA Mobile to jakieś 10% wszystkich opisanych na blogu.

Znacznie więcej jednak gier opisałem od Gameloftu, którego wielu podsumowuje krótko: monopolista. Osobiście w żadnym wypadku z tą tezą się nie zgadzam, dostrzegając potencjał u sporej liczby pozostałych producentów, lecz przyznaję, iż "niedzielny gracz komórkowy" w zasadzie na Gamelofcie może się skupić i będzie zadowolny.

Jakiś czas temu doszło do zderzenia czołowego EA Mobile z Gameloftem. EA wydało "Sim City: Metropolis", korzystając rzecz jasna ze znanego na całym świecie brandu, z kolei Gameloft może pochwalić się tytułem "Megacity Empire: New York", który w wielu fragmentach mobilne "Sim City" przewyższa.


W grze wcielamy się naturalnie w rolę burmistrza, którego zadaniem jest opanowanie sporego bałaganu, zwanego potocznie Nowym Jorkiem. Ale nie bój nic, drogi Graczu, nie będziesz musiał zarządzać słynnymi dzielnicami, ale zbudujesz sobie miasto od zera.

Główny tryb gry to po prostu kolejne misje do wykonania. W trakcie ich trwania dowiadujemy się jak należy obsługiwać grę, która jest bardzo przyjazna dla użytkownika. Od początku jesteśmy prowadzeni krok po kroku przez osobistego doradcę, możemy sobie wybrać jednego z trzech. Także należy zaplanować rozwój miasta. Po pierwsze trzeba rozdysponować ziemię pomiędzy trzy najważniejsze strefy rozwoju.

Pierwszą strefą są dzielnice mieszkalne. Oznaczają one po prostu place, na których zostaną zbudowane osiedla, blokowiska, które - jeśli burmistrz da radę - zmienią się niegdyś w potężne drapacze chmur. Druga strefa to miejsca pracy dla mieszkańców. Pod tym rozumiemy absolutnie wszystko, sklepy, hotele, restauracje, czyli ogólnie rzecz biorąc usługi, które nie dość, iż dostarczają pożądanych elementów mieszkańcom, to jeszcze gwarantują im pracę. Trzecia strefa to biurowce, których liczba oznacza możliwości zarobkowe burmistrza, bowiem to z biurowców oligarchowie i inne szychy biznesu kontrolują swe firmy, to stamtąd otrzymujemy największe pieniądze.

Grafika w grze na bieżąco, w czasie rzeczywistym pokazuje zmiany w naszym mieście. Nasze strefy natychmiast wypełniają się dźwigami i innymi konstrukcyjnymi machinami, by za moment stać się radosnym blokiem, a kilka miesięcy później wieżowcem. Same strefy mamy w dwóch opcjach - zwyczajne, małe, zajmujące kwadrat o czterech polach, lub większe, mieszczące pól dziewięć.


Budując cokolwiek należy pamiętać o dwóch ważnych kwestiach: żadna strefa, czy też inny budynek nie będzie funkcjonować, jeśli nie będzie posiadała dostępu do ulicy (także należy na bieżąco dobudowywać asfalt) oraz prądu. W grze znajdziemy różne rodzaje elektrowni, dla każdego coś miłego.

Gdy zony swobodnie się rozbudowują, zaczynają się problemy. Wiadomo, że ludziom na początku wystarczy dach nad głową, ale gdy już go mają, to nagle chce im się ochrony przeciwpożarowej, obrony przed przestępczością, przychodni, szpitala czy nawet parku albo - co gorsza, my Polacy znamy to doskonale - stadionu piłkarskiego! Burmistrz (czyli Ty) zostaje natychmiast poinformowany o zapotrzebowaniu i żeby mieszkańcy byli zadowoleni trzeba im postawić posterunek, klinikę czy straż pożarną. Każda z takich instytucji mam ograniczony zasięg, więc ich liczba będzie rosła i rosła...

Zadania nieraz bywają naprawdę trudne. Epidemia grypy morduje mieszkańców, długi rosną w zastraszającym tempie... w momencie, gdy przekroczymy budżet mamy rok na wyrównanie poziomu, w innym wypadku - zonk, po ptokach.

Klimatu grze dodaje także opcja nagle pojawiających się (prawie jak w życiu) zdarzeń losowych, np. jakaś firma chce zainwestować, albo ktoś pragnie przeprowadzić jakiś program społeczny. Takie akcje zazwyczaj pomagają polepszyć los mieszkańców, ale biją po kieszeni. Gra naprawdę przyzwoicie oddaje los burmistrza, można się konkretnie wczuć. Nie znajdziemy tutaj sytuacji zabawnych czy dziwnych, tym bardziej durnowatych, z których słynie "Sim City: Metropolis". "Megacity Empire" to pozycja bardzo poważna, tylko dla poważnych polityków myślących o poważnej karierze :)


19 maja 2009

Bublex Mania

Inlogic Software to kolejny producent, który postanowił zrobić coś dla świata mobilnych graczy i wydać kopię znanego tytułu. Tym razem trafiło na wariację z cyklu Bubbles. Do najsłynniejszych gier tego typu zaliczymy Frozen Bubble dla systemu Symbian, rewelacyjny Bubble Bash od Gameloftu czy nawet znacznie bardziej już zręcznościowy Bubble Popper Deluxe. Nasza nowa wersja starej gry najwięcej wspólnego ma zdecydowanie z klasycznym Frozen Bubble, różnice są zaledwie kosmetyczne.


Rzecz rozgrywa się pod wodą, lecz fabuły jako takiej nie uświadczymy. Ot, po prostu wcielamy się w mieszkańca dna morskiego, konkretnie w ośmiornicę, i możemy wybierać spośród dwóch trybów gry. Turniej to wyzwania coraz trudniejsze. Kolejne plansze zawierają więcej kulek w różnych kolorach, lub szybciej opadają ku dnie. Z kolei tryb Arcade to standardowa rozrywka polegająca na grze tak długo, aż nie utracimy życia.

Znajdziemy tu także proste osiągnięcia, np. za dziesięć jednocześnie zbitych bąbli. Naturalnie dozwolone jest, a nawet wymagane celowanie, kombinowanie, odbijanie bąbli od ścian. Grafika całkiem przyzwoicie symuluje podwodne środowisko, po ekranie przesuwają się bąble powietrza, a gdy kulki niebezpiecznie zbliżają się do dna, woda zaczyna wrzeć w panice. Wszystko zobrazowane jest przyzwoitą melodyjką oraz - co ciekawe - nawet odgłosami, które niestety brzmią jakby ucięte w połowie, psując nieco klimat. Dobry tytuł na relaks, znaleźć go można na stronach z tanimi grami za dwa złote, ale i w konkretnych serwisach, gdzie kosztuje złotych dziewięć. Lepiej dobrze poszukać przed zakupem :-)

12 maja 2009

7 maja 2009

Ferrari World Championship 2009


Tekst w serwisie Gaminator.pl


I czeski trailerek, a co się będę...


5 maja 2009

Santa's Tower Bloxx

Santa's Tower Bloxx to nic innego jak Tower Bloxx, tylko w bożonarodzeniowym wydaniu. W grze nie zmieniło się nic, poza szczegółami; tym razem budujemy miasto dla elfów, trzeba się postarać, by zechciało ich tutaj zamieszkać jak najwięcej, ktoś w końcu musi robić wszystkie prezenty.

Najpierw planujemy gdzie będzie stał jaki budynek. Do dyspozycji mamy kilka typów, różniących się piętrami. Zasada jest taka, że im wyższy budynek, tym trudniejsze warunki przy jego postawieniu. Dziesięciopiętrowiec może stać gdziebądź, dwudziestopiętrowiec przy dziesiątaku. Trzydziestopiętrowiec przy dwudziestaku i dziesiątaku, a czterdziestopiętrowiec musi mieć po bokach każdy z mniejszych.

Sama budowa to rewelacyjna gra zręcznościowa, polegająca na zrzucaniu kolejnych pięter. Najlepiej jest trafić idealnie, wtedy otrzymujemy bonus w zaludnieniu. Podczas budowy bloku widać jak elfy na parasolkach do niego wlatują. Można dwa razy się pomylić i nie trafić piętrem, przy trzeciej pomyłce blok zostaje niedokończony i stoi z taką liczbą pięter, jaką udało się postawić.

Gra właściwa jest zrobiona w trzech wymiarach, co wygląda naprawdę nieźle zwłaszcza na końcu etapu, gdy obserwujemy cały zbudowany (zazwyczaj pokrzywiony niemiłosiernie) blok. Ciekawym dodatkiem są także różne typy dachów, jakie oferuje tytuł, świadczą one o prestiżu, bowiem by zdobyć nietypowy dach należy popisać się zręcznością przy budowie.

Wszystko fajnie, ale każdy, kto zagrał w Tower Bloxx tę część może sobie darować, zbyt mało różnic, zwykłe naciąganie na pieniądze. Jeśli natomiast poprzednika nie znasz - graj śmiało!