21 maja 2008

Throwing The Cellphone

...czyli ciepanie telefonem. Dziwna, głupiutka gierka produkcji bodajże niemieckiej, w której nie chodzi kompletnie o nic, poza lekką dawką żartu i śmiechu.


Co masz zrobić? Ano, musisz se rzucić telefonem :) Markowym, jednym z trzech: SeaMan's, Motolola lub Sunny Erection. Głupawy chłopek o twarzy Waldusia Kiepskiego staje na wyznaczonej pozycji. Wieje lekki wiatr, który należy wziąć pod uwagę. Pojawia się pasek kierunku rzutu, przy bezwietrznej pogodzie najlepiej trafić idealnie w środek. Następnie ukazuje się kolejny pasek, tym razem mocy rzutu.

Komórka leeeeeeci przed siebie, kręcąc się wokoło. W zależności od farta można zebrać trochę punktów - i tylko o to chodzi w grze. Zyskane punkty można wysłać na serwer przez połączenie z internetem i podziwiać swój wynik.

Jak mówiłem: głupawa gra z lekką dawką humoru, prostą grafiką i żenującym dźwiękiem. Ale - z drugiej strony - jak po raz ósmy danego dnia mój soniaczek się zwiesił przy grze, to dobrze było sobie komórką rzucić... choćby wirtualnie :D

Puzzle Quest: Warlords


Tekst w serwisie gaminator.pl:


Christmas ToyLand


Tekst w serwisie gaminator.pl:


Bird Flu


Tekst w serwisie gaminator.pl:


20 maja 2008

Men in Black: Alien Assault

Kto by przypuszczał, że znana niestety z nie najlepszych gier (za to wszystkie w języku polskim!) firma Ojom zrobi wreszcie coś całkiem udanego? Zaskoczenie jest duże, przyjemność płynąca z gry tylko trochę mniejsza :)

Film Men in Black zrobił swego czasu wielką karierę, tak wielką, że niestety szybko nakręcono kolejną część, którą w najlepszym razie nazwać można żenującą. Faceci w czerni, chroniący głupich Ziemian przed świadomością, że nie jesteśmy sami ani we wszechświecie (szczyt idiotyzmu tak myśleć) ani nawet na Ziemi. Wcielamy się w jednego z agentów, który z różnymi rodzajami fantastycznej broni i nieodłącznym "zamazywaczem pamięci" wypełnia kolejne misje, których celem jest... nie zgadniecie. Uratowanie świata!


Gra przedstawiona jest z góry, z lotu ptaka. Widzimy najbliższe otoczenie, przedstawione w ładnej, kolorowej, wyraźnej grafice. Postać bohatera zgrabnie się porusza - ale zaledwie w czterech kierunkach. Kolejna firma, która zapomniała, że klawiszy w telefonie jest więcej... Ale trudno. I tak jest fajnie :)

Fabuła podzielona jest na misje, które można wykonywać w dowolnej kolejności. Będąc w kwaterze głównej Facetów w Czerni podchodzimy do człowieka (bądź Obcego) z informacją nad głową i robota jest nadana. W zależności od trudności misji otrzymujemy odpowiednią dla niej broń.

Celowanie jest automatyczne, gdy Obcy wejdzie w zasięg strzału można naciskać spust. Jest tu wiele dialogów i długie wprowadzenia do kolejnych misji, co nadaje grze odpowiednią dawkę klimatu. Samych misji jest sporo, także nuda nam nie grozi. Ale Men in Black: Alien Assault to nie tylko strzelanie do kosmitów. Trafiają się misje, gdzie trzeba jeszcze zapobiec rozprzestrzenianiu się paniki - Obcy bowiem chadzają po ulicach zupełnie z niczym się nie kryjąc, a ludzie widząc ich wpadają w panikę. Gdy panika osiągnie niebezpieczny poziom, może być nie najlepiej... Zatem czym prędzej pstrykamy świadkowi przed oczami naszą ulubioną zabawką i po kłopocie. A w międzyczasie... strzelamy do Obcych :)

Gra udana, w polskiej wersji językowej - ale należy podkreślić, że samo tłumaczenie zasługuje już na najwyższe noty! To nie byle produkt, to kilka dłuższych chwil naprawdę dobrej rozrywki. Szkoda tylko, że postaci poruszają się nieco ślamazarnie... Ale nie można mieć wszystkiego. Polecam!

James Bond 007: Casino Royale

Dużo już minęło czasu od wydania ostatniego Splinter Cell. Wszyscy fani Sama Fishera mają teraz okazję wcielić się w jego znacznie bardziej znany odpowiednik - samego Jamesa Licencja na Zabijanie Bonda.

Przywołałem tu Splinter Cell, bowiem całkiem spory fragment gry Casino Royale to coś w stylu skradanki. Fabuła raczej nie odbiega od tej filmowej, różni się natomiast jedno: nie uświadczymy tu tych wszystkich dziwnych wynalazków, z których Bond jest znany. Tak więc nie spodziewaj się, drogi Graczu, że przy pomocy zegarka i chusteczki będziesz zabijał wrogów.


Gra na pierwszy rzut oka wygląda dziwnie. Ta grafika to jakiś dość unikalny styl przedstawienia akcji - ale od razu mówię, że to daje radę!!! Naprawdę wciąga, ma klimat! Podobnie dźwięki, stoją - jak na grę na fona - na całkiem przyzwoitym poziomie.

Czeka nas kilkanaście poziomów pełnych wrogów, których można rozwalać z kilku rodzajów broni (m.in. coś w stylu snajperki, z widoczną linią celowania, jak w Splinterze), karabiny, pistolety, strzelby... albo pięści. Te ostatnie są najlepszym sposobem walki, bowiem można odpalić niezłe kombo i w dość efektowny sposób pozbawić wroga życia.

Fajny szpil, choć wygląda dziwnie. Ale to pozory, warto na niego zwrócić uwagę.

Hamster Loco

Przed nami kolejna gra, w której humor dorównuje przyjemności. Wcielasz się w chomika - szalonego przedstawiciela tej jakże szlachetnej rasy. Masz w życiu jeden cel: zrobić jak największe wrażenie na swojej kobiecie. Prawda, że ciekawa fabuła? :)

Należy przejść tor przeszkód, by na mecie ujrzeć swą wybrankę. Chomik zasuwa przed siebie, do obowiązku Gracza należy uważać, by nie zrobił sobie krzywdy. Zatem unikamy przeciwników i przeszkadzajek, skaczemy, po drodze zbieramy jakieś nasiona. Poprawnie zaliczona plansza to ta, gdzie zebraliśmy wszystkie nasionka.


Żeby nie było nudno, twórcy dodali parę mini-gier. Na przykład, gdy chomik natrafi na pompkę, może się nadmuchać:) Wtedy unosi się w powietrzu, a my tylko sterujemy. Podobnie przy skokach z wysokości. Jakoś dziwnym trafem zawsze w takim przypadku chomik znajduje piękny, różowy biustonosz. Który oczywiście służy mu za spadochron, a nie fetysz :P Czasem jeszcze korzystamy z pomocy znajomego kanarka, który potrafi przebyć duże odległości.

Fajna zręcznościówka, świetna zabawa, pozycja obowiązkowa dla miłośników dobrego humoru.

Jaws

Chyba nie ma wielu ludzi, którzy nie widzieliby tego słynnego filmu. Aż dziwne, że gra na jego podstawie powstała w jakiejś niespecjalnie znanej firmie, w dodatku wykonana została średnio...

I co z tego? Kłania się tutaj tytuł Gas Station, który również nie wyglądał najlepiej, ale zabawy dostarczył na ładnych parę chwil:)

Wcielasz się w rolę policjanta, który poprzysiągł śmierć żarłaczowi ludojadowi grasującemu u wybrzeża. Wsiadasz na łódź "Orca" i towarzyszysz posępnemu Quintowi w polowaniu. Stary rybak jeszcze okaże się pomocny...

Gra ma przede wszystkim pewien klimat. Jest zmieniająca się data, wiesz, że masz coraz mniej czasu do wyznaczonego terminu. Po tym terminie plaże będą musiały zostać zamknięte. Należy więc się spieszyć...


Gra polega na opuszczeniu się w klatce wgłąb oceanu. Zaczajamy się z harpunem i rozwalamy tłumy rekinów. Należy jednak przemyślnie grać, bowiem kilka rekinich ataków rozwali klatkę... i cóż, będzie po wszystkim. Do dyspozycji mamy wiele rodzajów broni, za śmierć kolejnych rekinów otrzymujemy pieniądze, które między wyprawami w morze wydajemy na broń. Można także zrobić upgrade klatki, czy kupić lepszą butlę z tlenem, by przedłużyć czas przebywania pod wodą, co przełoży się na większy zarobek.

W końcu jednak należy poważnie podejść do ludojada. Quint, za coraz większe sumy, sprzedaje mapki łowisk. Kolejne są coraz trudniejsze, występują tam coraz groźniejsze rekiny. Także zarobek jest coraz wyższy. W końcu, za 1000 kredytów Quint płynie w miejsce, gdzie trafimy na ludojada. Tam zwykła broń nie pomoże, zadaje zbyt niewielkie obrażenia. Tutaj trzeba się wspomóc butlą, zupełnie jak filmie. Jedno mi tylko nie pasuje - ludojad zastrzelony, z butlą w pysku, leci na dno jak inne rekiny, a powinien efektownie wybuchnąć... :)

Ot, taki sobie ciekawy i całkiem przyjemny celowniczek. Warto spojrzeć.

Party Night: Diva

Party Night Diva to kolejny produkt od Digital Chocolate, który niestety nie spasował mi do ogólnego wizerunku firmy. Pokochałem ich za twórczą głupotę, tworzenie gier durnych ale niesamowicie wciągających, jajcarskich - a tu mamy zwykłą zręcznościówkę z małymi elementami logicznymi, w dodatku z fabułą, której nie rozumiem ni w ząb.

Mniej więcej chodzi o to, że jesteś nikim, ale chciałabyś być kimś. Tak tak, bowiem tu wcielamy się w rolę kobiecą. Nie wiem, jak nazwać taką kobietę, do głowy przychodzi mi kilka określeń, które mniej więcej znaczą to samo... Chodzi bowiem oto, że masz za cel znaleźć jak najwięcej sławnych postaci oraz zaprzyjaźnić się z nimi. Tylko wtedy zostaniesz kimś.


Właśnie przybyłaś do Hollywood i jesteś pewna sukcesu. W niedalekim pubie przesiadują gwiazdy, począwszy od tych małych, z oper mydlanych, skończywszy na słynnych aktorach i reżyserach. Należy zabawić ich rozmową, potem postawić drinka, a na koniec zatańczyć. To wszystko - dzięki temu Twój dom będzie gościł coraz więcej ludzi, którzy już są kimś. No i odrobina splendoru i sławy spłynie na Ciebie.

To gra zręcznościowo-logiczna. Element rozmowy to taki ubogi mastermind, należy odgadnąć ulubiony temat rozmówcy, układając klocki. Po ustawieniu jakiejś konfiguracji rozmówca zaznacza w co trafiliśmy, a w co nie. Jest to zdecydowanie najlepszy element gry. Po rozmowie należy napić się drinka - Twym oczom ukaże się talerz, po którym śmiga wskazówka. Należy tak przyciskać fire, by wskazówka uderzała w symbole owoców lub monety, a nie w trupie czaszki. Prymitywizm. A taniec, czyli ostatnia część zapoznania się z gwiazdą to prymitywizm jeszcze większy - w kierunku tańczącej kobiety lecą kółeczka z nutami, należy wciskać kierunki im odpowiadające. Bleee, nuda.

Ani się spostrzeżesz, jak poznasz wszystkich i stwierdzisz, że właśnie zmarnowałeś(aś) godzinkę lub dwie na beznadziejną grę. Buu Digital Chocolate! Buu!

Beauty Center


Tekst w serwisie gaminator.pl:


Magician

W pierwszym odruchu na widok tytułu tej gry momentalnie nastąpiło jedno, ale bardzo wyraźnie skojarzenie: czyżby gra stworzona została na podstawie słynnej powieści Raymonda E. Feista Adept/Mistrz Magii, czyli The Magician właśnie?

Heh... nie. Zbieżność nazw przypadkowa. Choć w jednym zdecydowanie mamy podobieństwo: bohaterem jest nikt inny jak właśnie młody adept magii.

Stała się rzecz straszna - z rodowej wioski młodego maga zły czarodziej porwał niezwykle ważną i cenną rzecz - w dodatku obdarzoną niesamowitą mocą. Teraz złośliwiec pragnie ją wykorzystać do swych niecnych celów...

Magician to gra platformowa. No i do takiej gry zdecydowanie nie potrzeba bardziej skomplikowanej fabuły:)


Sterowanie standardowe: 1 i 3 skoki w wybranym kierunku, 2 skok po prostu w górę, 8 kucanie, 4 i 6 poruszanie się bohaterem. Na klawiszu 5 jest fire. Dysponujemy trzema czarami: wzmocnienie obrony, wywołanie trzęsienia ziemi i fireball. Cechy głównego bohatera opisują dwa paski: pasek życia i pasek czarów. Oczywiście w momencie gdy oba są puste tracimy życie lub możliwość czarowania.

Jak na porządną platformówkę przystało, wcale nie trzeba korzystać z przycisku fire do gry. Bowiem wystarczy skoczyć na wroga by się go pozbyć.

Plansz jest trzynaście. Pierwsze cztery to wędrówka przez las, Magician musi się wydostać z niego, by dotrzeć do kopalni. Tam mamy cztery kolejne etapy, by w końcu dotrzeć do zamku złego czarodzieja. Po przejściu kolejnych czterech plansz walka z bossem - i świat uratowany:) Po drodze spotkamy plejadę różnych wrogów, trzeba będzie odnaleźć wiele kluczy niezbędnych do przejścia do kolejnych etapów, znajdziemy także skrzynie ze skarbami - można znaleźć flaszeczki dodające życia, dodające energii do czarowania lub po prostu kolejne "wcielenia".

Fajna platformówka. Niby nic specjalnego, akurat niezła do poczekalni u dentysty czy w kolejce na poczcie:)

Nowhere

To powoli staje się normą –nieznane zupełnie firmy produkujące gry na komórki wychodzą z cienia z tytułami niesamowitymi. W przypadku gry Nowhere, firmy DeValley Entertainment należy rozumieć to dosłownie. Gra jest niesamowita.

Swego czasu były dwa wielkie hity z tego gatunku gier – survival horror. Pierwszy Resident Evil miażdżył, budując klasę samą dla siebie, popularyzując nowy gatunek gier. Niby gra przygodowa, rozwiązywanie zagadek, ale jednocześnie z odpowiednią dawką akcji i klimatu. Kolejne dwie części już były bardziej action-shooterami niż klasyczną grą przygodową. Jednakże, w tym czasie powstała inna gra, która zmiotła nawet Residenta jedynkę – Silent Hill. Tytuł tak osobliwy, tak dziwaczny, jak tylko dobry horror potrafi być.


Residenty gościły na komórkach. W dość żenujących wydaniach, niestety. Capcom odwalił manianę, tworząc niby-taktyczne Confidential Report’y, w których prędkość rozgrywki była bliska mistrzostwom szachowym, a z kolei Resident Evil The Missions mimo ciekawego rozwiązania graficznego pozbawiony był klimatu horroru.

DeValley Entertainment postanowiło najwyraźniej zmienić ten stan rzeczy. Już od pierwszego splash screena wiadomo, że ta gra nie będzie normalna. Będzie tak chora umysłowo jak tylko potrafi być największy psychopata i socjopata w jednym.

Fabuły zdradzać nie wolno. Zatem ograniczę się do dość lakonicznego stwierdzenia, że jest dobra. Nawet bardzo dobra.

Mamy w NOWHERE odpowiednią dawkę zarówno przygody, jak i akcji. Bohater znajduje różne przydatne rzeczy (na dzień dobry siekiera – i wiadomo że ta gra będzie świetna), jak broń czy lekarstwa. Z czasem znajdziemy także szczypce do przecięcia drucianych parkanów czy młot pneumatyczny do rozwalenia ścian.


Za każdymi drzwiami, wszędzie mogą czaić się potwory. Dziwne kreatury, powyginane, powykręcane, paskudne, krwiożercze. Słabsze i silniejsze. Wyobraźnia projektantów gry czerpała garściami z japońskich gier tego typu, jak i z filmów, w których nastrój budują monstra. Dodajmy do tego obowiązkowych bossów, potworności, paskudztwa, wytwory chorej wyobraźni i nie możemy się oderwać:)

Zagadka skonstruowana jest tak, by Gracz nie chciał wypuszczać telefonu z ręki. Nastrój dodatkowo budują dźwięki, ale przede wszystkim grafika – mroczna, niewyraźna, migający ekran, jakbyśmy obserwowali akcję przez zepsuty telewizor, lub jakby świetlówka właśnie rozpoczęła strajk. Buduje to niesamowity klimat, człowiek nie tylko zapomina, że to tylko gra, ale zapomina nawet, że to gra na komórkę!

Jak mówiłem: tytuł niesamowity. Pierwszy prawdziwie porządny horror na komórkę.To po prostu trzeba zobaczyć. A jak się zobaczy, to człowieka wciągnie... jak otchłań, w którą zbyt długo się spogląda.

Cyberblood

I znowu zaskoczenie. Gra w pierwszej chwili, zwłaszcza po screenach wydaje się być kiepska, wręcz odrzuca. Ale po odpaleniu jakoś nie sposób się oderwać...

Wcielasz się w rolę cyborga o imieniu Zek. Coś jest nie tak z twoją pamięcią. Jedno wiesz na pewno, ostatnia Wojna zamieniła miasto w wielkie śmietnisko, gdzie każdy robi, co chce. Jesteś jedynym, który może zaprowadzić tu albo porządek, albo przynieść wszystkim pozostałym śmierć i zniszczenie.

Cyberblood to strzelanina, z widokiem z góry. Na początek dostajemy pistolet i parę cybernetycznych bajerów. Z czasem można dokupić nowe zabawki, jak strzelba lub niewidzialność.


Fabuła gry jest dość ciekawa, wiele dialogów (jak na strzelaninę) dodaje odpowiedniego klimatu, chce się grać by ujrzeć zakończenie. A zakończenia są dwa! Można zostać Zbawcą, a można też Niszczycielem. Oczywiście łatwiejsza droga to droga Zła :-)

Mamy tu kilka poziomów, odblokowane są kolejno. W schronieniu, skąd udajemy się na wypady, by mordować punków (dlaczego w postapokaliptycznych klimatach źli zawsze wyglądają jak punki??) i roboty, szukając rozwiązania kolejnych zagadek, z czasem przestawimy jakąś dźwignię, odblokowujemy drogę ku tajemnicom... A przede wszystkim zbieramy diamenty, które wymieniamy w schronieniu na nowe zabawki. Jest tam paru kupców, którzy chętnie sprzedadzą nam co nieco za odpowiednią cenę.

Całkiem przyjemna gra, choć z wyglądu nieco przedpotopowa. Ale klimacik ma naprawdę fajny.

24 hours: Special Ops

Kolejna gra na podstawie znanego "brandu" (?), czyli serialu 24 godziny. Nigdy go nie oglądałem... w dodatku trafiła mi się wersja po francusku... więc jeśli chodzi o fabułę, to wiem tyle: jakaś organizacja terrorystyczna (?) przetrzymuje zakładników, z jakiegoś powodu. Gracz, jako Agent z serialu, z twarzą Kiefera Sutherland spaceruje po kolejnych piętrach (?) wieżowca (?) i odbija zakładników.

Poruszamy się w czterech kierunkach. Dlaczego nie w ośmiu? Rok 2008, każda szanująca się firma powinna już wiedzieć, że można wykorzystać wszystkie klawisze telefonu. Cóż, tu standardowo mamy cztery. Minus.

Pistolet ma nieograniczoną ilość amunicji - kolejny minus. Strzelanie polega na utrzymaniu na celowniku przeciwnika jak najdłużej. W momencie celowania napełnia się koło, im bardziej jest wypełnione, tym mocniej przeciwnik oberwie. Oczywiście, gdy wypełnione jest całe, przeciwnik pada trupem.


Prócz pistoletu jest jeszcze karabin maszynowy, który strzela całymi seriami. No i granaty, obsługiwane klawiszem 0. Najlepiej zachować je na przeciwników, którzy również dysponują granatami.

I tu zbliżamy się do największego minusa gry: w momencie, gdy przeciwnik rzuca w nas granatem, zaznacza się obszar zniszczenia. Oczywiście należy z niego zejść, by nie zginąć. Ale, na ten przykład, na tym obszarze może być zakładnik, ładnie przywiązany do krzesła... i nic mu się nie stanie. W ogóle nie ma sensu się przejmować zakładnikami, nikt nie pomyśli o zabiciu ich - terroryści grzecznie ustawiają się w kolejkach do zabicia, potem lajtowo uwalniamy zakładników. Co jak co, ale po firmie tej klasy co Digital Chocolate spodziewałem się co najmniej zajebistej zabawy. Dostałem produkt jakości zaledwie przyzwoitej, ledwo do zaakceptowania.

Jestem po prostu oburzony :P

Na plus przemawia utrzymany klimat serialu (przynajmniej tak myślę, bo go nie oglądałem), czyli przed każdą misją krótka pogawędka z jakąś panią, która tłumaczy co i jak na kolejnym poziomie.

Ogólnie gra nie jest zła, ale... firmy tej klasy co Digital Chocolate, znane z niesamowitego podejścia do mobilnej zabawy, z niesztampowych pomysłów nie powinny robić zwykłego "produktu". Odrobinę więcej zaangażowania i tytuł ten zapowiedziałby niezły rok w wykonaniu DG, a tak? Raczej nie spieszy mi się do kolejnych...

Dodano kilka dni później:

No, to jazda na maksa. Dnia wczorajszego w mój telefon wpadła dokładnie ta sama gra, o identycznym tytule, producencie itd. Jednak zarazem była to gra całkiem inna - o wiele, wiele lepsza! Przede wszystkim wersja multilanguage, dzięki czemu wreszcie wiadomo o co chodzi. Dodatkowo: nie ma błędu z wiecznie żywymi i praktycznie niezagrożonymi zakładnikami. Jednocześnie wzbogacone graficznie są plansze... i najlepsza wieść: gra nie jest już tak jednostajna, bowiem prócz misji klasycznych, mamy np. pościg (z widokiem z góry), gdzie należy dojechać w wyznaczone miejsce o czasie, bądź np. zniszczyć wóz wroga spychając go z ulicy, lub jeszcze lepiej - śledzić, czyli nie zbliżyć się za blisko, ale i nie stracić z oczu.

Kolejną nowością są mini-gry, jak otwieranie zamków (zręcznościowo) lub np. rozbrojenie bomby (logicznie). Mamy tu do czynienia także z bossami, jak gigantyczny wóz opancerzony. Ta wersja jest naprawdę konkretna. Niestety, ja osobiście mam pecha, bowiem albo gra jest niekompatybilna z moim telefonem, albo ma buga - w pewnym momencie nie uruchamia się kolejny etap... Szkoda, bo - podkreślam - mamy w tej wersji do czynienia z tytułem godnym konkurować z Splinter Cell i podobnymi hitami!

LEGO Bionicle Challenge

Jak już wielokrotnie wspominałem, lubię gry "wyścigowe" z power'up-ami, takie, w których można sobie do przeciwnika strzelić, podstawić mu minę czy coś a widok koniecznie musi być z lotu ptaka. Czy jednak zawsze należy jeździć samochodami/kartami/quad'ami? A gdyby tak wybrać się w przyszłość i wziąć udział w rozgrywkach statków powietrznych?

Czemu nie. Kolejna gra sygnowana logiem LEGO, tym razem z dopiskiem BIONICLE. Zadaniem jest po prostu zwyciężyć turniej, składający się z piętnastu średnio-trudnych plansz. Do wyboru mamy trzy pojazdy (statki powietrzne? whatever...), oczywiście różniące się parametrami.


Trasy są dość urozmaicone. Nieraz zdarzy się, że statek nagle uderzy w ścianę drzew (lub inną) - bowiem tutaj nie należy tylko zwracać uwagi co jest przed nami. Najlepiej jest jednym okiem zerkać na mapę trasy w lewym dolnym rogu ekranu - bo na niej widoczne są zakręty - a na drodze można je przeoczyć. Np. droga wyraźnie wskazuje, że należy lecieć prosto - a trasa skręca w las. Uważam, że to doskonały pomysł. A jeszcze lepszym pomysłem jest przecinanie się trasy. Niektóre są standardowe, po prostu różne wariacje tradycyjnego koła. Lecz inne przecinają się, tworzą pętle - i tu bez spoglądania na mapkę już nie da rady!

Dodajmy, że przeciwnicy nie są w ciemię bici. Jest ich dwóch, i robią co w ich mocy, by wygrać. Owszem, gdy zostawimy ich w tyle już raczej nie zagrożą, lecz wszystko może się zdarzyć... Np. może rozpaść się statek. Ma pewną ograniczoną moc, każde uderzenie w przeciwnika, ścianę lub przeszkodę odbiera jej kawałek. Oczywiście po drodze można znaleźć power'up-y naprawiające pojazd.

Jeszcze lepszym pomysłem jest szybko kurczący się bak z paliwem. Co się stanie, gdy paliwa braknie? Ano... statek ulegnie zniszczeniu. Powróci po kilku sekundach z nowym zapasem paliwa, lecz owe kilka sekund mogą zaważyć na całym wyścigu. W czasie rejsu znaleźć można żółte fragmenty na trasie, gdy po nich przelecimy, bak nieco się uzupełni.

Power'up-y mamy przeróżne, do wyboru do koloru. Poza pokręconymi trasami mamy także inne przeszkadzajki, jak roboty Bionicle, które systematycznie strzelają przed siebie wiązkami energii, przez które podróż jest nieopłacalna:)

Naprawdę udany tytuł, warto się z nim zapoznać. Szkoda tylko, że po ukończeniu turnieju nie odblokowuje się żadna dodatkowa trasa lub kolejny pojazd...

Fashion Fun

Z początku spodziewałem się kolejnej gry na zasadzie Party Night: Casanova, zupełnie nie wiem dlaczego. Na szczęście nie miałem racji, lecz gra i tak najwyższych lotów niestety nie jest.

Fashion Fun to "zabawa modą". Głównym bohaterem gry jest pewna całkiem ładna kobieta, która za zadanie ma wypełnić markowymi i modnymi ciuchami swoją garderobę. I tu pojawiła się niespodzianka, która mile mnie zaskoczyła: otóż fundusze na owe ubrania zdobywa poprzez układanie diamentów.


Niestety, pierwszy "zachwyt" szybko umarł śmiercią naturalną. Mogłaby być fajna gra, lecz... Owe układanie diamentów pozbawione jest normalnych, klasycznych zasad. Jest udziwnione, zupełnie niepotrzebnie. Otóż diamenty możemy przesuwać jedynie w poziomie. Co oznacza ni mniej nic więcej tyle, iż jeśli w trzech kolejnych pionowych liniach nie znajdziemy takich samych klejnotów, nic nie zrobimy. I bardzo często się takie coś zdarza, iż planszy nie można ukończyć - brakuje po pierwsze opcji wymieszania zawartości planszy, a po drugie brakuje informacji, która powinna się ukazać i jasno rzec: "no more moves".

Są trzy poziomy trudności, różnią się ilością koniecznych diamentów do zebrania. Na poziomie najprostszym należy zdjąć jedynie 50 klejnotów, ale za to forsy dostaniemy ledwo-ledwo. A ubrania są drogie...

Producent nie wysilił się w licencje, zatem wszelkie nazwy w markach są zabawnie poprzemieniane, lecz mimo to dość łatwe do odgadnięcia. W naszej garderobie znajduje się coraz więcej ubrań, a każde z nich ma pewne właściwości. Przed każdym kolejnym podejściem do diamentów można ubrać kobietę w coś innego, co będzie jej pomagać; np. dostanie bonusowy pieniądz, bądź procent do wygranej, lub też po prostu więcej czasu na odkrycie potrzebnej ilości klejnotów.

Mogłaby być fajna gra, lecz nie jest. Diamenty powinny znikać w sposób klasyczny, powinna być opcja "shuffle" oraz informacja o końcu gry, braku dostępnych ruchów. Szkoda, bo gra ogólnie rzecz biorąc prezentuje się nieźle, grafika i animacje na planszy są miłe dla oka, muzyczce także niewiele można zarzucić. Ot, po prostu producent nie pomyślał i ma pecha. Raczej odradzam ten tytuł.

19 maja 2008

Submarine Crusher

Przed nami kolejna niezwykle oldchool'owa pozycja, która sprawi, że albo odejdziesz od telefonu absolutnie zniesmaczony i stracisz chęć na gry w ogóle, albo dasz się porwać manii niszczenia i zdobywania punktów, nie zważając na grafikę.

Submarine Crusher to gra w starym, dobrym stylu, gdzie liczy się tylko jedna, jedyna rzecz: zręczność. Otóż Twoim zadaniem, drogi Graczu, będzie zniszczyć dziesiątki... nie, setki łodzi podwodnych. Nie ma tu żadnej konkretnej fabuły, nie wiemy nawet po czyjej stronie stoimy - jedno jest pewne: łodzie podwodne będą się bronić, a Twój niszczyciel nie jest niezniszczalny :)

Z początku jest łatwo. Sterujemy niszczycielem od lewej do prawej strony ekranu, pod nim widząc idealnie co się dzieje głębiej. A dzieje się sporo, bowiem przepływa tam masa łodzi podwodnych; począwszy od niewielkich, poprzez coraz większe potwory, a skończywszy wreszcie nawet na żółtych (aż szkoda je zatapiać, long live The Beatles!). Nasz okręt wojenny wyposażony jest w bomby, które należy ładować. Z prawej strony ekranu widać niewielki paseczek, który oznajmia jak dużo czasu pozostało do załadowania - a przez to i do możliwości zrzucenia kolejnej bomby.


W praktyce jednakże wystarczy trzymać wciśnięty fire, który uaktywnia załadowane bomby od razu. Oczywiście łodzie podwodne nie śmigają sobie beztrosko pod wodą - one także są wyposażone w broń, w tym wypadku torpedy. Na szczęście nie są to torpedy samonaprowadzające. Biegną ku górze w linii prostej, naszym zaś zadaniem pozostaje jedynie uciec. Co nie jest czasami zbyt proste, gdy torped jest tyle, że już nic nie widać poza owym zagrożeniem. Nasz okręt na pewną wytrzymałość, kilka uderzeń zatem na klatę przyjmie... Lecz tylko kilka. Co dziesięć poziomów spotykamy bossa, prawdziwie potworny okręt podwodny (SeaQuest? :D) i jedziemy dalej. Niektóre ze zniszczonych łodzi zostawiają po sobie bonus, który nosi się ku górze i chwilkę zostaje na powierzchni; gdy takiego złapiemy czeka nas niespodzianka, na przykład szybsze poruszanie niszczycielem bądź możliwość o wiele szybszego ładowania bomb. Ten ostatni power-up szczególnie zasługuje na uwagę, bowiem wypuszczenie na raz trzydziestu bomb i oczekiwanie aż głupawe łodzie podwodne w nie wpłyną to widok zaiste przepiękny :)

Ot, normalna gierka, bez większego polotu. Grafika jak sprzed lat, dźwięki... Cóż, tych akurat brak, jest jedynie muzyczka, w dodatku wcale nie pasująca klimatem do rozwałki na ekranie telefonu. Jakaś taka "lajtowa", pasowałaby do gry "Sims" :) Ale tytuł i tak mi się spodobał, więc ogólnie rzecz biorąc polecam.

MX vs. ATV: Untamed


Tekst w serwisie gaminator.pl:


Metal Racers Quad Bikes

Kurde, ale ja lubię takie gierki. Nieodmiennie kojarzą mi się ze wspaniałym, starym Death Rally na PC. Widok z góry, obłędne tempo akcji, power-up'y, dzięki którym można dowalić przeciwnikom... Pyszotka.

Metal Racers Quad Bikes to jakby kolejne wcielenie tej gry. Wybieramy wóz spośród kilku, każdy oczywiście charakteryzuje się innymi parametrami; przyczepnością do podłoża, prędkością i celnością strzału. Następnie wybieramy kierowcę - każda z dostępnych postaci wzbogaca pojazd o te same wartości, w różnych konfiguracjach.

Championship to esencja tej gry. Trasa za trasą, pędzimy po trzech rodzajach podłoża (piasek, ulica i trzeci, coś pomiędzy:) i z całej siły próbujemy uniknąć wypadnięcia z trasy. Jeśli wypadniemy, to albo ze wszystkich sił próbujemy na nią wrócić, albo czekamy parę sekund, do pojawienia się informacji, że powrót może być automatyczny.


Przeciwnicy nie są wymagający. Mistrzostwa na poziomie Easy zaliczamy z palcem w nosie. Natychmiast po ich zakończeniu rozpoczynają się w wersji Normal, potem Hard. Na najtrudniejszym poziomie trudności jest dodatkowa przeszkoda - nie wystarczy wygrać wyścigu, ponad to należy każde okrążenie zaliczyć na pierwszym miejscu.

Podczas wyścigu łapiemy power-up'y: koktajle Mołotowa, do strzelania w konkurentów, smar, do robienia kałuż czy moje ulubione piwo, po którym potężnie bekamy, zatrzymując na dwie sekundy wozy przeciwników:))) Jednak najważniejszym power-up'em jest moneta - każda moneta to 100$, które następnie, po wyścigu wydajemy na upgrade quada.

Należy jeszcze wspomnieć, iż na każdym z trzech podłoży rozrzucony jest piasek, gdy quad w niego wjedzie wyskakuje w powietrze, co znacznie utrudnia utrzymanie się w trasie. Długość skoku jest zależna od prędkości, z jaką aktualnie się poruszamy. Radzę to omijać szerokim łukiem:)))

Gra świetna. Tradycyjne, komórkowe dźwięki i zwykła grafika - zdawałoby się, że to nic specjalnego. I co z tego, skoro zabawa jest doskonała? Polecam!

Pro Evolution Soccer 2008


Tekst w serwisie gaminator.pl:


Gas Station

Kolejna gra kompletnie nie znanej mi firmy. W dodatku od pierwszej chwili wygląda źle, trochę odrzuca. Czcionki nachodzą na siebie, ekran jest zamazany, dopiero w grze właściwej widać co nieco...

O co kamą? Gra jest jak Diner Dash - przy pomocy dziewięciu głównych klawiszy telefonu (czyli od 1 do 9:) sterujemy własną, prywatną stacją benzynową. W pierwszej misji mamy tylko trzy stanowiska, którym odpowiadają klawisze od 1 do 3. Gdy na takie stanowisko zajeżdża samochód, wciskamy klawisz, który mu odpowiada i następuje tankowanie.


Klient tankuje za pewną ilość dolarów. Gdy tankuje za np. 70$ to spoko, zapominamy o nim na chwilę i zajmujemy się kolejnym. Gdy jednak tankuje za 10$ to należy bacznie zwracać uwagę... bo nie możemy przekroczyć pewnej linii. Należy przestać tankować (znowu wcisnąć klawisz odpowiadający miejscu na stacji) dokładnie w momencie gdy wskaźnik osiągnie żądany poziom. Po tym następuje płatność i klient odjeżdża, by jego miejsce wkrótce zajął następny.

W pierwszej misji rozbudowujemy stację do 9 stanowisk. W kolejnej należy być konkurencyjnym przez rozdawanie gratisów. Niektórzy z klientów chcą się napić kawy, coli lub wody. Rozdawanie gratisów przebiega prawie tak samo jak tankowanie: otóż najpierw należy zaznaczyć klienta (klawisz 1-9) a potem dać mu żądany bonus poprzez wciśnięcie odpowiadającego mu klawisza:
* - kawa
0 - cola
# - woda.

Dalej jest coraz bardziej hardkorowo. Nie dość że należy tankować i rozdawać gratisy, to jeszcze aby być bardziej konkurencyjnym można niektórym klientom umyć samochód! To jest banalna sprawa, po prostu wciskamy klawisz odpowiadający miejscu auta tak długo, aż gościu uzna, że ma wóz już czysty:) No i kolejna sprawa: kapitalizm to nie zabawa, może jeszcze zaserwować klientom szybki przegląd samochodu? Gdy trafi się koleś pragnący przeglądu pojawia się okno, a na nim cztery cyfry. Gdy zniknie czwarta, należy wcisnąć je w podanej kolejności. Banał, prawda?

No i ostatnia misja to po prostu prędkość. Robimy wszystko: tankujemy, rozdajemy bonusy, myjemy samochody i robimy szybkie przeglądy. Pod paskiem naszego postępu znajduje się pasek postępu konkurencji (we wszystkich misjach, nie tylko ostatniej). Należy tak sprawnie obsługiwać klientów, by szybciej od przeciwnika osiągnąć metę.

Po przejściu trybu Stage, jest jeszcze coś w stylu gry bez końca, na punkty. Też fajne, ale tryb misji sto razy ciekawszy:))) Mimo kiepskiej grafy i beznadziejnego dźwięku polecam, bo zabawa bardzo fajna:)

Panzer General

Przede wszystkim nie powinienem opisywać tej gry. Grałem w wersję z s60 na telefonie k750i, na mniejszym ekranie, gra zwalniała niemiłosiernie (przypuszczam że z powodu braku pełnej kompatybilności właśnie)... ale mimo to ją skończyłem i nie będę szpilał drugi raz w wersję na mój telefon. To jednak co nieco napiszę...

Dawno, naprawdę dawno temu pojawiła się gra Panzer General. Choć była grą komputerową więcej wspólnego miała z typową strategią planszową: pole bitwy oznaczone heksami, właściwości terenu i grafikę jak z papieru... Jednak dawała radę. Co więcej, była tak trudna, że dziś pewnie popularności by nie zdobyła, w czasach graczy-niedzielnych :P


Gameloft robi prawdopodobnie najlepsze gry. Ma kupę forsy, kupuje zatem licencje i robi gry na podstawie sławnych filmów itd. Tym razem kupił prawa do tytułu "Panzer General". Jednak gra wcale nie jest strategią w pełnym tego słowa znaczeniu.

Główna zasada jest taka sama: prowadzisz do boju wojska niemieckie, zostajesz tytułowym Panzer Generałem. Po pozytywnym przejściu kampanii (nie ma to jak wygrać Niemcami pod Stalingradem:) otrzymujesz w ramach bonusu do dyspozycji kampanię Aliantów.

Poruszamy się czołgami, jak łatwo się domyślić. Prawdziwymi czołgami z czasów II Wojny Światowej. Jest tu i Panther i Tiger i Crusader i Sherman a nawet Persing. Poruszamy się nimi naprawdę: przy pomocy ośmiu klawiszy sterowania. Osobno poruszamy działem. Każda misja ma za cel zazwyczaj zniszczyć jednostki przeciwnika.

Do dyspozycji mamy maksymalnie 3 człogi. Ewentualnie jako dodatek ze dwie jednostki piechoty (mogą kryć się w budynkach i ostrzeliwać wszystko z góry). Tak więc nie jest to typowa strategia, raczej taktyczne podejście do wybranych, nie zawsze prawdziwych scen z II Wojny.

Większość misji rozgrywa się w miasteczkach, co pozwala wytłumaczyć obecność tak niewielu jednostek. Starcie Shermanów z Tigerami przypomina film "Złoto dla zuchwałych" i muszę przyznać że gra ma klimat i wciąga. Nie jest też zbyt trudna. Gdy skończyłem niemiecką kampanię bez ani jednego powtórzenia i zorientowałem się że grałem na poziomie Normal z leksza opadła mi szczęka;)) Także nie jest to rozgrywka tylko dla mistrzów szachowych. Z czystym sumieniem polecam, warto! Ale lepiej kupić sobie wersję na swój telefon..... :D

LEGO Brick Breaker

Mam ostatnio takiego smaka na arkanoidy, że chwytam się wszystkiego. Po LEGO Star Wars nabrałem zaufania także do produkcji oznaczonych logiem LEGO. Choć Brick Breaker zrobiła inna firma (Hands On Mobile) to jest równie udany.

Krainę LEGO opanował szalony król Bricktop. Zamyka swych poddanych w więzieniach z klocków LEGO, biedacy nie potrafią się uwolnić. Na szczęścia pojawia się bohater Legovieve, który postanawia przebyć całe królestwo i uwolnić wszystkich biedaków haniebnie schwytanych.


Po drodze mijamy kilka krain, od wioski gdzie ratuje się zwykłych wiochmenów, poprzez m. in. wschód, gdzie ratujemy samurajów, do samego zamku. Co pewien czas spotykamy samego króla Bricktopa, jako bossa. Należy tak manewrować piłką by spacerujący po klockach król stracił podłogę i spadł:)

Gra jest krótka, ma zaledwie 24 poziomy, ale ponieważ brakuje w niej nowatorskich pomysłów tyle leveli wystarcza. Więcej to już nuda. Power-up'y są klasyczne, od spowolnienia piłki, poprzez wybuchową piłkę do ulubionego czyli strzelania w klocki. Są tylko dwa tryby, Quest i Quick Game, gdzie mamy do dyspozycji te poziomy, które zaliczyliśmy w Quest.

Należy wspomnieć o pewnej istotnej kwestii. Otóż gra jest niezwykle jajcarska, komentarze Legoviev do uratowanych chłopków i samego króla potrafią rozbawić do łez. Podsumowując: gra nie ma startu do Brick Breaker Revolution czy nawet Super Breakout, ale i tak jest fajna :-)

LEGO Star Wars II


Tekst w serwisie gaminator.pl:


Star Wars: Empire Strikes Back

Dziwną grę niedawno przeszedłem. Akurat, jak się zacząłem dobrze bawić, to się skończyła:) Gra owa to przeniesienie na ekran komórki środkowej części "starej" trylogii Gwiezdnych Wojen, "Imperium kontratakuje".

Jest to gra raczej zręcznościowa, choć nie typowe arcade, więc jednak umieszczę ją w dziale przygodowe. Dużo dialogów pozwala na wczucie się w akcję, osobiście natychmiast zapragnąłem by jakaś telewizja powtórzyła trylogię...


Zgodnie z fabułą wydarzeń, sterujemy poczynaniami Luke'a Skywalker i Hana Solo. Większość plansz w grze to po prostu kombinacja przycisków. Z początku należy obronić się przed atakiem na śniegowej planecie, należy okrążyć kilka razy ogromnego robota kroczącego tak, by łańcuch skrępował mu odnóża. Po drodze należy unikać wrogich myśliwców i ich lasera. Wszystko odbywa się za pomocą kombinacji "lewo-prawo", nie jest skomplikowane, ale też nie jest prymitywnie proste.

W podobny sposób odbywa się potem ucieczka Hana Solo z Gwiazdy Śmierci przez deszcz meteorów oraz nauka Luke'a u mistrza Yody.

Co prawda gra trwa jakieś 25 minut, ale i tak jest dość fajna. Choć 10,68zł bym za nią nie dał zdecydowanie:)