8 marca 2009

New York Nights 2: Friends For Life

Zdecydowanie trzeba rzec: seria Nights się rozrasta. Nowy Jork, Miami, Las Vegas, ostatnio Paryż, plus dodatki w stylu American PopStar. No, muszę przyznać, że gry mają swój urok, choć z drugiej strony trzeba obiektywnie przyznać: grałeś w jedną, grałeś we wszystkie.

Friends For Life to już druga odsłona przygody odbywająca się w Nowym Jorku, przypuszczalnie dlatego, iż pierwsza zdążyła się bardzo mocno zestarzeć. Druga część to jednocześnie najładniejsza graficznie odsłona serii, w której - choć zachowany został dość humorystyczno-komiksowo-kreskówkowy tryb grafiki - to jednak postaci coraz bardziej przypominają ludzi, a coraz mniej ich radosne karykatury. Grafika w grze inne części cyklu po prostu zabija.



Celem jest po prostu bycie dobrym człowiekiem w otoczeniu hien. Fabuła gry rzuca nas w świat, w którym istnieje tylko jedno, podstawowe prawo: bądź egocentrykiem, jak wszyscy, bądź egoistą, jak wszyscy. W zawirowaniach niejednokrotnie będziemy musieli wyciągnąć naszego bohatera z sytuacji bez wyjścia, zadowalać jednych robiąc przykrość innym, zrywać z uwielbiającymi nas dziewczynami, wyrzucać seksowne współlokatorki na żądanie sławnych kobiet, które akurat się nami zainteresowały... Krótko mówiąc: fabuła daje radę.

W dalszym ciągu gra nie stara się na siłę budować typowej symulacji życia; wciąż mamy tylko cztery podstawowe statystyki bohatera, o które należy dbać: głód, pęcherz, sen oraz czystość. Reszta to umiejętności, które rozwijamy tak, jak chcemy: kultura, ciało, grzeczność itd. Mapa Nowego Jorku jest przejrzysta, a w miarę rozwoju sytuacji odblokowujemy kolejne miejsca. Warto nabić sobie mnóstwo przyjaciół oraz rozglądać się po lokacjach, wszystko wypada sprawdzić i wykorzystać, by nasza postać rozwijała się prawidłowo.

Ciekawostką jest dodanie przez producenta zadań pobocznych: w tym odcinku nie musimy już iść po wyraźnej linii, choć koniec końców to ona prowadzi do zaliczenia tytułu. Znajdziemy jednak w Nowym Jorku sporo postaci, którym będzie można pomóc, coś dla nich zrobić, co przełoży się na wyniki naszego bohatera. Naprawdę przyjemna gra, oczywiście jeżeli ktoś lubi lekkie przygodówki oraz gry delikatnie "simsopodobne". Znajdziemy w niej także sporo humoru stojącego na naprawdę dobrym poziomie.


Tom Clancy's H.A.W.X.


Tekst w serwisie gaminator.pl



7 marca 2009

Sid Meier's Civilization IV: War Of Two Cities

Autentycznie zaczynam się gubić w tym wszystkim. Firmy produkujące kolejne gry na telefony komórkowe wyrastają jak grzybki halucynogenne po kwaśnym deszczu. Oasys Mobile to kolejna z nich, która pragnie oderwać dla siebie kawałek tortu zajętego przez czempionów mobilnej rozrywki. I co ciekawe, firma weszła w posiadanie praw (chyba weszła, skoro wydaje gry...) do takich tytułów jak Sid Meier's Pirates! (łza się kręci...), Sid Meier's Railroad Tycoon (WOW!) i stara jak (znowu) Sid Meier "Cywilizacja".

Była już odsłona "Cywilizacji" na komórkach, jednak było to dawno i nieprawda. Każdy, kto myśli że nowa odsłona, z dopiskiem War Of Two Cities zmieni mu telefon w ekran jednej z najwspanialszych strategii w historii jest niestety w błędzie. Bowiem IV ma pewne elementy taktyczne, lecz nie ma nic wspólnego ze strategią.


Z lewej strony ekranu znajduje się miasto gracza - z prawej przeciwnika. Pomiędzy nimi znajduje się kilka przydatnych miejsc: jakaś farma, kopalnia, itp. Najważniejszą jednak sprawą, która także znajduje się między miastami, jest granica. Ukazana jest jako słup, który można swobodnie przesuwać. Jeśli przesunięcie owego słupa spowoduje, iż kopalnia czy farma staną się nasze - rośnie produkcja. A ta z kolei pozwala na budowę jednostek oraz oddawanie strzałów z ogromnej katapulty.

Osobiście kojarzy mi się gra mocno ze starociem z AMIGI (baczność! spocznij, spocznij...) "Północ-Południe", gdzie gracz zasuwał w te i wewte żołnierzami, próbując trafić przeciwnika i uskakując przed kulami. Podobnie sytuacja wygląda w Civilization IV - gdy tylko pasek postępu dotyczący wojska dojdzie do wymaganego miejsca - wybieramy jednostkę (słaba, średnia, silna), która uparcie maszeruje przed siebie, zajmując wszystko, co napotka. Będzie szła tak długo, aż nie zginie, bądź nie zdobędzie wrogiego miasta. I kolejna plansza. A między nimi krótkie pytanie: w jakim kierunku przebiegać ma rozwój? Wybieramy którąś z nauk i obserwujemy rozwój naszej "cywilizacji" poprzez kolejne wieki i epoki.


Do dyspozycji oddano nam kilka narodowości (Rzym, Rosja, Japonia) i epok - wiadomo, że bitwa w czasach starożytnych to inne jednostki niż XIX wiek. Szczerze mówiąc gra nie jest zła, lecz nie powinna nazywać się "Cywilizacją". Każda inna nazwa byłaby lepsza. To zwykła nawalanka, gdzie myślenie jest zbędne, w dodatku błyskawicznie się robi monotonna... Może "Piraci" lub "Railroad Tycoon" będą lepsze? Chyba sprawdzę osobiście...


6 marca 2009

Dakar Rally 2009


Tekst w serwisie gaminator.pl



American PopStar: Road To Celebrity

Celebrity to temat bardzo popularny, zresztą tylko i wyłącznie na "popularności" polegający. Polska to kraj, w którym już parę lat temu nastąpił ostateczny upadek człowieczeństwa i zastąpienie go martwicą mózgu oraz bohaterami serialów z cyklu reality szoł. Jest to prawdziwa katastrofa; obserwacja pseudo-ludzi, których szare komórki można policzyć na palcach jednej ręki sprawia radość tylko masochistom i wszystkim zakompleksionym, z początkami choroby psychicznej, bojącym się pójść z problemem do lekarza.

Gameloft postanowił przygotować grę opartą na bezsensie bycia "celebrytem" - swoją drogą beznadziejne tłumaczenie, już "pan popularny" byłby lepszy, w dodatku bardziej adekwatny, z pewną dozą ironii mówiący o każdym, kto nażarłszy się hamburgerów i ochlawszy coca-colą w dzieciństwie dziś ma kosmiczne parcie na szkło. Ale, zostawmy dzieci specjalnej troski i zabierzmy się do gry.



American PopStar pewnie ma jakiś odpowiednik w kulturze (?ŁOT??) amerykańskiej, nie wiem jednak jaki. Olać to, na polski też można sens gry przełożyć: wcielamy się w postać (on lub ona, jak kto woli) której celem jest zostać najbardziej popularną osobą w USA, a najlepiej i na świecie. Dlatego bierzemy udział w konkurencjach odpowiadających "Szansie na sukces" czy wręcz "Idolowi" oraz w reality show. Będąc w zamkniętym pomieszczeniu, gdzie kamery nagrywają 24/7 mamy okazję zachować się jak prawdziwy "celebryta", czyli rozkochać w sobie płeć przeciwną, wycisnąć z niej wszystkie łzawe historie, puścić ściemę, potem rzucić w kąt, a w pokoju zwierzeń o wszystkim ze swadą opowiedzieć - a wskaźnik popularności stale widoczny na ekranie rośnie.

System gry polega dokładnie na tym samym co seria Nights. Jest to połączenie symulacji życia (nasz bohater ma pewne potrzeby: głód, pęcherz, zmęczenie) z grą przygodową. Wszystko w niej ma swój cel, a fabuła jest dość wciągająca - choć naiwna jak najgłębsze myśli bohaterów Big Brothera. Jednakże ktoś, komu podobała się seria Nights z pewnością poświęci te dwie i pół godziny na zaliczenie American PopStar. Ciekawym dodatkiem są wstawki zręcznościowe, a właściwie jedna wstawka - mini gra podczas wykonywania swego hitu.

Gra wypełniona dość ironicznym humorem (zbieranie znajomych w internetowym serwisie społecznościowym, stałe rozstania i powroty z drugą połówką), ukazująca też momentami głupotę celebrytów oraz w pewien sposób przestrzegająca publiczność przed przeginaniem z pragnieniem bycia popularnym. Ale przede wszystkim przyzwoita zabawa, z całkiem rozbudowanym światem, chwilami można poczuć się jak prawdziwa gwiazda. Bo mimo braku szacunku dla celebrytów, to jednak ze dwie czy trzy gruopie to każdemu by się czasem przydały... :-)

A na koniec zaśpiewajmy wszyscy razem!!!


Real Football 2008: European Tournament (Symbian)

Ta gra mocno mnie zaskoczyła. Real Football 2009 HD, czyli ten pisany w systemie Symbian zrobił na mnie kolosalne wrażenie - żadna FIFA mu nie jest w stanie dorównać. Jednakże nie miałem pojęcia, iż była jakaś wcześniejsza wersja dla Symbiana... A tu proszę: odcinek zatytułowany dodatkowo "Mistrzostwa Europy".

Oglądając grę w akcji widać praktycznie to samo, co w przypadku jej następcy. Różnice są kosmetyczne, jak np. możliwość natychmiastowego startu w ME 2008, ma się rozumieć iż drużyny są poukładane tak, jak było w rzeczywistości, i ma się rozumieć, iż można sobie także to wszystko poukładać samemu. Zaczynamy albo od fazy finałów ME, czyli Polska przeciwko Niemcom itd., albo od eliminacji, gdzie można prześledzić całą drogę, którą musieli przejść nasi piłkarze zanim do finałów dotarli.



Poza tym różnic jest niewiele. Gra po prostu zwala z nóg grywalnością, piłkarze mają szeroką gamę zagrań. Jedyne różnice w stosunku do następcy, to pewne ograniczenia. Zdecydowanie mniej jest fauli, sędzia nie punktuje wszystkiego, co dzieje się na ekranie. Jednakże obecność wślizgu pod klawiszem # również ogranicza jego stosowanie, ta część gry posiada "delikatniejsze" opcje poruszania się zawodnikiem. Klawisz fire to pressing, klawisz 0 agresywny pressing. Zrobić coś niedozwolonego jest trudno. Kolejną różnicą jest brak tak ogromnej ilości powtórek, z jakiej słynie następca. Tu - owszem - obejrzymy powtórkę faulu, spalonego czy bramki, nawet niektóre, wybrane akcje. Jednakże podczas oglądania replaya nie mamy możliwości zmian kamery, nie da się także przewijać akcji na ekranie.

Gra rozkocha w sobie każdego, kto nie widział jeszcze Real Football 2009 HD. Jednakże wszyscy, którzy następcę mają w telefonie niech sobie odcinek "2008" darują, bo przy młodszym bracie jednak nie daje rady.


The Legend Of Spyro: A New Beginning

A New Beginning to specyficzna historia z naszym ulubionym "gierczanym" smokiem w roli głównej, bo opowiada o tym, jak wszystko właściwie się zaczęło. Jest to pewnego rodzaju prequel do historii znanych nam z kolejnych części gry na konsolach (komórkach zresztą też). Druga ciekawostka dotycząca gry jest nieco nieprzyjemna - tytuł powstał ze współpracy Vivendi Games Mobile i Mighty Troglodytes (swoją szosą - zajebiaszcza nazwa:). Z czego Vivendi dziś już nie ma, taki niefajny lajf im się trafił.



Gra to platformówka, której etapy dzielą się na trzy podstawowe: czysta eksploracja, zbieranie punktów, po prostu platformówka; walki z bossami - naprawdę ciekawe oraz plansze fruwające, gdzie sterujemy smokiem w powietrzu. Każdy poprawnie zaliczony etap odblokowuje kolejny. W większości z nich znajdziemy miejsca, do których nasz smok nie będzie w stanie dojść. Przynajmniej dopóki nie zostanie nauczony kolejnego czaru, który owe miejsca odblokuje. Jest to całkiem dobry system, dzięki któremu nieco zwiększyła się grywalność - ktoś, kto będzie chciał zaliczyć każdą planszę w 100% będzie musiał je kilkakrotnie powtórzyć. Warto dodać, iż plansze wcale nie są banalnie proste - przyjdzie się wysilić, poszukać wszystkich sterujących (otwierających nowe przejścia) elementów. Minie ładna chwila nim ostatnie etapy zostaną ukończone. Naprawdę przyzwoity kawałek platformówki, mocno infantylnej - jak wszystkie odcinki serii Spyro, lecz mimo to i tak wciągającej. Polecam!


5 marca 2009

Battleships: The Greatest Battles

Fugu Mobile to chiński producent, który zdecydowanie zalewa nas klasyczną chińszczyzną. Gier na koncie ma około mnóstwa, z czego do zabawy nadaje się może kilka, a nawet i te przegrywają w bezpośrednim starciu z produktami konkurencji. No, ale wiadomo, że Chińczycy nigdy nie szli na jakość, ale na ilość...

Na przykład ich gra Battleships. Jest to czysty przykład podejścia Fugu Mobile do rozrywki - po linii najmniejszego oporu. Gra to po prostu statki - i to oczywiście nie jest nic złego; wszak statki na komórki mogą być wspaniałe (Cafe SeaBattle, Pirate Ship Battles). Battleships to tytuł, w którym zagrać może dwóch graczy, czyli po prostu multiplayer. I na tym gra się opiera, bowiem prócz multiplayer nie oferuje zupełnie nic więcej. W dodatku, ów multiplayer odbywa się poprzez połączenie internetowe... brak mi słów. Trybu "hot seat", gdzie wymienilibyśmy się telefonem z kumplem nie zrobiono.



Grafika stoi na poziomie poniżej przeciętnej. Dźwięki - po pierwsze niedopracowana głośność. Po drugie - nie można głośności wyregulować samemu. Po trzecie: gra uruchamia się "po wiejsku", czyli uderza ścianą dźwięku midi w gracza, a profesjonaliści wiedzą, że aplikacja najpierw powinna zapytać, czy chcemy sound ON czy OFF. Producent powinien sobie ZAWSZE zadawać sprawę, iż jego gry niektórzy pragną uruchomić w różnych miejscach, gdzie powinno być cicho: szkole, kościele, bibliotece, pracy. W dodatku podczas samej gry melodia zamienia się w odgłosy - całe dwa: trafiony lub pudło.

Podtytuł brzmi "największe bitwy". No i rzeczywiście, gra oferuje nam aż (i tylko!) trzy bitwy do stoczenia: Trafalgar (gdzie nasze okręty to prawdziwe statki, żaglowce, fregaty), Midway (gdzie walczymy przy pomocy nowoczesnych okrętów zbudowanych z metalu) oraz tzw. "incydent Sewastopolski", gdzie do dyspozycji oddano graczowi łodzie podwodne. I to wszystko, nic więcej w grze nie znajdziemy, żadnych trybów, żadnej kampanii... Potworna strata czasu, ostrzegam!

Galaxy On Fire

Fishlabs to producent, który wśród fanów rozrywki mobilnej zasłynął dzięki niezwykle udanej grafice 3D. Ich gry są prawdopodobnie najlepiej wyglądającymi grami wstawionymi w trzeci wymiar, z czego Fishlabs zdaje sobie sprawę, wypuszczając kolejne produkcje, stale otrzymujące wysokie noty.

Galaxy On Fire to jedna z tych gier, które mogą na człowieka wpłynąć tak bardzo, iż ten kupi sobie nowy telefon komórkowy, by tylko móc sycić wzrok cudami rozgrywającymi się na ekranie. Jest to kosmiczna strzelanina, a jednocześnie coś na kształt symulatora gwiezdnego pojazdu. Osobiście jednak skłaniam się bardziej ku strzelance; ruch pojazdu oraz możliwość zmiany broni to jednak zbyt niewiele, by zakładać nową kategorię "symulacje".



Trudno jest opisać to, co gracz ujrzy na ekranie. Ogrom wszechświata w grze przedstawiony jest bardzo dosłownie; wypuszczając się naszym statkiem kosmicznym w przestrzeń międzyplanetarną niemalże można poczuć nacisk gigantycznej, nieskończonej próżni. W grze wcielamy się w rolę pilota o imieniu Keith T. Maxwell, który wspina się w hierarchii kosmicznych łowców - jest człowiekiem "od wszystkiego", żadnej misji się nie boi i każdej może się podjąć - pod warunkiem oczywiście, że za godziwą zapłatę. Element fabularny w grze jest bardzo istotny; kolejne dialogi przeprowadzane między Maxwellem i jego kontrahentami dodają odpowiedniego klimatu, jednocześnie rzucając coraz to nowsze światło na system panujący w Galaktyce oraz wydarzenia, na które - jako najlepszy pilot we wszechświecie (przynajmniej we własnym mniemaniu:) - możemy mieć wpływ.

Gra jest naprawdę mocno rozbudowana. Fishlabs nie poprzestał na stworzeniu gigantycznego wszechświata, dziesięciu rodzajów możliwych do posiadania statków kosmicznych ukazanych w rewelacyjnej grafice 3D. Ponadto spędzimy przy tytule naprawdę sporą ilość godzin; Galaxy On Fire po bezproblemowym lądowaniu w telefonie komórkowym pozostanie tam naprawdę długo.

Jednocześnie wypada uspokoić wszystkich zainteresowanych, lecz nie przepadających za widokiem z kabiny i symulatorami (jak ja sam zresztą) - gra jest doskonale wyważona; nie będzie banalnie łatwych misji, jednakże nie trzeba się obawiać też kosmicznie (dosłownie) trudnych. Każdy powinien dać sobie radę. Warto w grę zagrać, bowiem nasze telefony lada chwila zaatakuje druga, prawdopodobnie jeszcze bardziej wypasiona część gry, więc - do dzieła!


4 marca 2009

R.U.S.H. (Road Ultimate Speed Hunt)

Ta gra to zupełny killer, który albo podoba się w 100% albo wcale. Przede wszystkim, co natychmiast rzuca się w oczy, gra posiada absolutnie doskonałą grafikę 3D. Ulica z pędzącymi wozami wygląda po prostu doskonale. I to spodoba się wszystkim. Jednakże część odpadnie po bardziej szczegółowym zapoznaniu się z tytułem. Otóż R.U.S.H. oferuje rozgrywkę opartą na systemie starym jak świat: droga jest prosta, a kolejne pasy są losowo zajmowane przez samochody. Gracz wciela się w maniaka prędkości, który uparł się, iż w ustalonym z góry czasie będzie zaliczał kolejne odcinki drogi (checkpoint'y). Aby tego dokonać, należy po pierwsze rozpędzić wóz, a po drugie unikać zderzeń z innymi użytkownikami drogi.



Samochód rozpędza się poprzez zmianę biegów (klawisz fire). Potem pozostaje nam już tylko utrzymać go w tej prędkości do mety danego odcinka trasy. Na ekranie widać ile sekund nam pozostało, więc wszystko jest jasne.

Gra została stworzona na zasadzie gry typowo punktowej. Fani tworzą prawdziwą społeczność, należy się zarejestrować, po czym gra (gdy jej na to pozwolimy oczywiście) będzie słać nasze wyniki na ogólny serwer. Mamy kilka poziomów trudności, każdy charakteryzuje się innym wozem. Każda kolejna plansza rzecz jasna jest trudniejsza. Gra ponad dziką prędkość oferuje też coś więcej, prawdziwie ciekawy, choć nieprzyjemny widok płonącego samochodu, wyskakującego w powietrze w momencie, gdy kierowca okazał się być burakiem... Do szczęścia brakuje tylko dźwięku - muzyka co prawda jest, lecz nic ponadto nie znajdziemy. A aż się prosi o odgłosy pisku opon, ryku silnika i efektownej eksplozji w momencie zderzenia czołowego :-)


Terminator Revenge

Ach... Terminator. I wszystko jasne. Bunt maszyn już się odbył, świat pogrążył się w kontrolowanym chaosie, ludzkość gnije gdzieś pod ziemią, czekając na ocalenie. Nagle udało się; kolejny plan się wreszcie powiódł. Kilkoro naukowców zdobyło fragmenty tajnego kodu Skynet, dzięki któremu można zapanować nad bogiem maszyn.

Wszystko fajnie, ale nie myśl sobie, drogi Graczu, że wcielisz się w kolejnego, walecznego Johna Connor. O nie! W grze zostajemy wysłannikiem Skynet'u, tak, tak - wcielamy się w rolę Terminatora. Każda ludzka pchła, który stanie na drodze maszyny - zginie. Zadanie jest proste: odszukaj i zniszcz. Wszystkich, którzy mieli cokolwiek wspólnego z kradzieżą. I wszystkich, których napotkasz po drodze.


Jako Terminator musimy pokonać dwanaście poziomów pełnych akcji, chaosu, wybuchów i biegających wokół spanikowanych ludzkich żołnierzy z ruchu oporu. Terminator Revenge to gra typowo platformowa, jednakże zbudowana w taki sposób, iż ewentualne uczucie "to już było" wcale w niej nie występuje. Nasz bohater potrafi uzbroić się w aż sześć różnych rodzajów broni, począwszy od klasycznej strzelby, poprzez karabin maszynowy i jego wspanialsze wersje (minigun, a jak!:) skończywszy wreszcie na wyrzutni rakiet i granatach. Ciekawostką jest dość specyficzne zbudowanie plansz. Gra zaczyna się w przyszłości, zatem z początku po prostu polujemy na ruch oporu, mordując wszystkich bez wyjątku, poszukując wszelkich wskazówek; kard kodów do kolejnych miejsc czy komputerów, które zhakowane odblokują windy i inne tego typu instalacje. Jednakże czym byłby ruch oporu bez tajnych schowków i schronów? Nasz Terminator potrafi wykryć ściany, za którymi kryje się coś więcej, a następnie je zniszczyć, dostać się w nowe rejony, tam w końcu też trzeba posprzątać! Środowisko w grze można w znacznym stopniu kontrolować, owe niszczenie ścian to nie wszystko, znajdziemy tu także przeszkadzajki w stylu bomb-robaków, czy wyskakujących prosto ze ścian karabinów maszynowych - wszystko można swobodnie zniszczyć. A eksplozje są całkiem przyzwoite, zresztą jak cała grafika. Niby nie wygląda najlepiej, jednakże w ruchu ma w sobie "to coś", taką płynność, która sprawia, że wygląda naprawdę dobrze.

Gra oferuje dość rozbudowaną (jak na platformówkę) fabułę, sporo tekstu jest do poczytania. Na końcu nasz bohater - tego po prostu w Terminatorze nie może zabraknąć! - cofa się dwadzieścia parę lat w czasie, obserwujemy świat znany z filmów. Największą wadą gry jest brak dźwięku - w menu mamy melodyjkę, jednakże podczas gry nie słychać nic; ani strzał, ani wybuch nie jest premiowany odgłosem. Co jest natomiast największą gry zaletą? No ba, jak to co? Jesteśmy czarnym charakterem! I dobrze nam z tym...


X-Men 3

Od premiery trzeciej odsłony filmowej serii "X-Men" minęło już nieco czasu. Co więcej, niebawem ujrzeć powinniśmy kolejną część, lecz tym razem poświęconą nie wszystkim mutantom, a jedynie najciekawszemu z nich - Wolverine'owi. Tymczasem bliżej nieznana mi firma o ciekawej nazwie MForma wypuściła we współpracy z Marvel Mobile grę nawiązującą do trzeciego odcinka "X-Men", czyli "The Last Stand". Rzecz opowiada o chorobliwej zawiści i rasizmie, czyli dwóch kwestiach stale powracających czy to w komiksach, czy filmach o mutantach.


W grze wcielimy się w rolę kilku spośród nich. Przemierzać będziemy podziemną kryjówkę obłąkanego naukowca o nazwisku Stryker; obejrzymy sobie dokładnie miejsce, gdzie po raz pierwszy stworzono projekt "Weapon X". Akcja ukazana jest w rzucie izometrycznym, co szalenie ułatwia poruszanie się bohaterami. Każdy z nich dysponuje innym zestawem umiejętności i do tychże zestawów dopasowane są kolejne plansze. Wolverine zatem będzie miał okazję zniszczyć wiele elementów otoczenia (ściany) bądź paskudnie rozprawić się z żołnierzami Strykera (a nawet z samą Deathstrike!) a taki Nightcrawler przy pomocy umiejętności teleportu na bliską odległość dotrze w te miejsca planszy, gdzie inni nie mieliby szans.

Gra jest utrzymana w klimacie znanym z filmów, co jest niewątpliwie zaletą. Niestety oprawa audio-wizualna najlepsza nie jest, postaci są niewielkie a plansze bardzo monotonne. W dodatku czcionka w grze jest tak mała, że czytanie kolejnych myśli bohaterów staje się autentycznie męczące. Fanom komiksu i filmu jednak to gry z pewnością nie obrzydzi - X-Men to nie byle co! :-)

3 marca 2009

Planet Riders

Planet Raiders to nie jest jedyna gra, w której ścigamy się nie samochodami, a futurystycznymi pojazdami. Jednakże z pewnością na dzień dzisiejszy jest to jedyna gra tego typu zrobiona w pełnym trójwymiarze, z grafiką tak doskonałą, że szczęka opada. To akurat jednak nikogo nie powinno dziwić, bowiem producentem gry jest Fishlabs - prawdziwi specjaliści od grafiki 3D w grach JAVA.

W pierwszej chwili gra robi na nas takie wrażenie, jak słynny Wipeout wiele, wiele lat temu. Co jest najważniejsze w Planet Riders, to trasy. Otóż całkowicie trójwymiarowe środowisko zostało wykorzystane nie tylko do budowy pojazdów; lecz przede wszystkim do budowy tras. Są to stosunkowo szerokie tunele, w których - choć ograniczamy się do sterowania lewo/prawo - to jednak gracz ma wrażenie, jakby musiał panować nad pojazdem również na linii kierunków góra/dół. Fishlabs stworzyło naprawdę doskonałe ograniczone przestrzenie, wśród których odnajdziemy wiele pętli oraz dzikich zakrętów, przez które przebycie trzech okrążeń każdej z tras to prawdziwe wyzwanie, nie tylko przyjemność.


Gra podzielona jest na dwa główne mistrzostwa - wewnątrz układu słonecznego i na zewnątrz. Każde składa się z pięciu tras. Co jednak znacznie ważniejsze, mamy tu sporą ilość zawodników, a każdy z nich dysponuje swym własnym pojazdem, który oczywiście ma inny zestaw statystyk od pozostałych. I tu właśnie pojawia się największa zaleta gry - ukończywszy mistrzostwa wewnątrz układu słonecznego można zagrać na zewnątrz, lecz tylko tym jednym zawodnikiem, który wygrał. Aby zrobić to innymi oraz uzyskać dostęp do kolejnych, należy zwyciężyć wszystkimi graczami po kolei. Co nie zawsze będzie proste, niektórzy z nas lepiej będą się czuć przy ogromnych prędkościach, z kolei inni wolą wolniejszą jazdę, lecz taką, nad którą łatwiej można zapanować.

Podczas samej jazdy do dyspozycji oczywiście mamy sporo power up'ów, dodających prędkości lub wyposażających pojazdy w broń. Każdy statek ma pole siłowe, sukcesywnie malejące dzięki konkurentom bądź nieuważnym prowadzeniu - otarcia o boki planszy nie powodują nic dobrego. Odkrycie jak najlepiej prowadzić każdy ze statków daje naprawdę sporą satysfakcję, podobnie jak oglądanie rewelacyjnej grafiki 3D i wsłuchiwanie się w pełne dynamiki melodie. Ta gra jest wyjątkowa!


Might & Magic II

Słowa Might & Magic mówią wiele, wśród graczy trudno odnaleźć takich, którzy ich nie słyszeli. Seria klasycznych gier RPG, z widokiem z oczu bohaterów (część IV chyba mi się najbardziej podobała). Prócz tego seria gier strategicznych, turowych (na szczęście) z dopiskiem Heroes - które do momentu ukazania się oponenta w postaci "Disciples" po prostu królowały. I na końcu kilka (jeśli dobrze pamiętam) odcinków nawalanki zrobionej głównie z myślą o konsolach (Crusaders, Warriors, czy jakoś tak). Świat - jak widać - mocno eksploatowany. Nic więc dziwnego, że i telefony komórkowe otrzymały swoją grę z cyklu, a nawet dwie.



Druga odsłona mobilnego Might & Magic zabiera nas oczywiście do Earthii. Fabuła gry do konkretny kawałek opowieści, doskonale tłumaczącej czyny głównego bohatera. Nie będę się zagłębiał w szczegóły, bo mnie rzecz jasna znudziła - lecz mimo to obiektywnie jest naprawdę niezła, ma sens, nie jest skończenie naiwna.

Bohatera tworzymy sobie sami, a właściwie jedynie jego imię. Zaczynamy - jak zazwyczaj w RPG - od banalnych zadań, pseudo-questów w stylu odnajdź dzieci bawiące się w chowanego itd. Gra zresztą praktycznie każdą akcję wykonaną przez bohatera premiuje jako "quest", w związku z czym nie można ani na moment zapomnieć, iż jest to RPG.

Na szczęście action-RPG. Niech no tylko bohater wyjdzie za wieś, napotka przeróżne kreatury, które będzie mógł niszczyć, zabijać, krew będzie się lała... A doświadczenie rosło, premiując umiejętności (magiczne) bohatera. W trakcie rozgrywki odnajdziemy także sporo przedmiotów, dodatkowe części pancerza czy broń. Na uwagę zasługuje fakt, iż zmieniając zbroję postaci widać to w grze! Żeby nie było nudno, gra oferuje także sporo elementów zręcznościowych, gdzie należy w odpowiednim momencie kliknąć odpowiedni klawisz, bądź wykonać różne zadania na czas.

Dla miłośników RPG pozycja obowiązkowa, to nie ulega wątpliwości. Ale nie-fanom RPG też tytuł polecam, bo tak naprawdę to zwykła gra zręcznościowa, gdzie jest zbyt dużo dialogów, a te można pogonić :-)


Devils and Demons


Tekst w serwisie gaminator.pl



2 marca 2009

SU-30 (Eurofighter)


Tekst w serwisie gaminator.pl



Battle Blocks

Najlepszą grą, jaka kiedykolwiek powstała jest TETRIS. Kontrowersyjne stwierdzenie? Możliwe. Nie będę się upierał, ale jakoś trzeba było zacząć kolejny tekst o grze bazującej na pomyśle z TETRISA.

Fabuła gry opowiada o robocie, którego celem jest niszczenie. Przemierzając kosmos, przypadkiem rozbił się nieszczęśliwie na planecie rządzonej przez kilkoro bogów. Nie byli zbyt zadowoleni z przybycia destruktora, uwolnili zatem swój gniew - w związku z czym nasz bohater o imieniu Ogo znalazł się w swoim żywiole. Aby pokonać bóstwa musi zniszczyć sporo podłożonych przez nie pułapek, a na końcu ich samych.


W pierwszej chwili gra wygląda jak TETRIS. Jednakże szybko przychodzi olśnienie: tutaj nie tworzymy całych, pełnych linii, by pozbyć się klocków z planszy. Zasada jest inna - tutaj liczy się ilość przylegających do siebie klocków tego samego koloru. U góry ekranu znajduje się powoli rosnący pasek mocy - gdy dojdzie do końca plansza zaatakowana jest przez błyskawice, które trafiają we wszystkie ciągi kolorów większe lub równe pięciu klockom znajdującym się obok siebie. Gra polega na wypełnieniu określonych celów, dbając jednocześnie, by poziom klocków nie osiągnął góry planszy.

Cele bywają przeróżne. Należy na przykład wytrzymać określoną ilość sekund ciągłej gry. Układamy sobie klocki, można je oczywiście obracać, kombinować... warto wspomnieć, iż kształt figury nie ma najmniejszego znaczenia dla jej ułożenia; wszystkie klocki i tak zgodnie z prawem grawitacji opadną ku ziemi. Ciekawe rozwiązanie, buduje nieco inny klimat niż klasyczne. Innym z kolei zadaniem jest przetrwanie ataku polegającego na stałym dodawaniu pełnych klocków linii u dołu ekranu - należy pozbyć się figur szybko, bowiem co pewien czas pojawia się kolejna, pełna linia. Prócz tego mamy zadania dodatkowe, polegające na ataku wybranych fragmentów planszy, zniszczeniu wybranych figur... oraz walki z bossami, czyli bóstwami. Są naprawdę arcyciekawe, każdego z nich należy pokonać w inny sposób, czasem jest to proste, czasem trudne. Należy dodać, iż gra zawiera sporo możliwych do zastosowania bonusów; bomb niszczących całe linie poziomie lub pionowe, różnego rodzaju miny, ataki specjalne... Warto tak układać kolejne klocki, by bonusy składające się na ich kształt znajdowały się przy kolejnej eksplozji, wówczas bonus zmienia się w fakt i bomba wybucha.


W niektórych planszach nie trzeba czekać aż błyskawice posprzątają to, co im przygotowaliśmy. Zamiast tego ciągi złożone z pięciu lub więcej klocków same znikają. Innym z kolei dodatkiem jest fakt, iż niejednokrotnie w trakcie gry obracać będzie się ekran, przestawiając figury. Sterowanie wówczas ulega zmianie, dostosowując się do ekranu. Łatwo się pomylić i o to chodzi, trzeba pomyśleć, pokombinować.

Po ukończeniu trybu STORY, pozostaje tryb ARCADE, gdzie gracz decyduje o wszystkim; sam wybiera sobie dokładnie taką grę, na jaką ma ochotę, dodając lub odejmując kolejne opcje (bomby, pomocne sztuczki, grawitacja czy nawet obecność bóstwa).

Grafika w grze to po prostu TETRIS z komiksowymi wstawkami obrazującymi rozwój fabuły. Dźwięk to bardzo pasująca do rozgrywki melodia, szkoda że tylko jedna. Gra na końcu nawet oferuje dwa możliwe zakończenia, co częstym rozwiązaniem w mobilnej rozrywce nie jest. Tytuł zdecydowanie wart polecenia, nie tylko fanom wszelkich puzzli i układanek, miłośnikom gier zręcznościowych także, bo gra toczy się szybko i niejednokrotnie szybkie palce mogą uratować zdawałoby się sytuację beznadziejną:)


26 lutego 2009

Asphalt Urban GT

Pierwsza część chyba najsłynniejszej serii gier wyścigowych na komórkach dzisiaj, prócz możliwości obejrzenia narodzin legendy, oferuje także spojrzenie wstecz na gry JAVA. Cóż, wiele się zmieniło, pierwszy Asphalt nie zrobi na nikim wrażenia, wygląda naprawdę staro... Ciekawostką jest fakt, iż dzisiaj, w roku 2009 niektórzy "pseudoproducenci" potrafią wydać grę wyglądającą znacznie gorzej od Asphalt Urban GT...


Jednakże w dawnych czasach, gdy pierwszy Asphalt ujrzał światło dzienne, wypełzłszy spod rąk francuskich pracusiów, był to produkt naprawdę niezły. Najlepiej świadczy o tym fakt, iż kolejne części serii różniły się głównie sferą audio-wizualną, temat główny (nielegalne wyścigi, możliwość niszczenia innych wozów czy ucieczka przed policją, dzikie turbo) pozostał taki sam.

Gra oferuje osiem tras, oczywiście podzielonych na kolejne miasta oraz dziewięć konkretnych, luksusowych samochodów. Gra reklamowała się, iż budowa tras jest zainspirowana prawdziwymi lokacjami... ale zostawmy ten tekst w spokoju. Jedyne, co rzeczywiście jest prawdziwe, to tła, gdzie autentycznie można rozpoznać kilka specyficznych dla danego rejonu budynków.


Grafika w grze... Inaczej. Pamiętacie nieśmiertelny hit z Amigi i wczesnego PC - "Lotus"? To wiecie, jak dziś wygląda Asphalt. W porównaniu z kolejnymi częściami oraz hitami konkurencji (Project Gotham Racing zwłaszcza) sprawia wrażenie "Lotusa" w porównaniu z kolejnymi odcinkami serii "Need For Speed" na PieCa. Droga ma cztery pasy, z rzadka zajęte przez ruch drogowy (tak, bowiem już pierwszy "asfalt" oferował traffic) i po prostu skręca na boki, ułatwiając maksymalnie sterowanie. Sam samochód prezentuje nam się tylko i wyłącznie jako tylna maska, plus obserwujemy dodatkowo odrobinę jego boków, w zależności od wybranego kierunku skrętu.

Tak kiedyś wyglądały gry na komórki. Czy dziś warto zagrać w pierwszego "asfalta"? Odpowiedź jest prosta i krótka - NIE WARTO. Lepiej zakupić odcinek trzeci lub czwarty, a najlepiej zakupić je w wersji HD na smartfony.